Nadzieja ma w sobie coś, czego nie potrafię do końca nazwać. Coś pomiędzy światłem a szeptem. Pomiędzy tym, co racjonalne, a tym, co całkowicie intuicyjne.
Niektórzy mówią, że to wręcz magiczna siła — taka, która pojawia się wtedy, kiedy wszystko inne zawodzi. I może mają rację. Bo w moim życiu nadzieja nieraz była właśnie tym: niespodziewanym drgnieniem, które podnosiło mnie wtedy, gdy sama nie wiedziałam, skąd znaleźć siłę.
Jest ulotna.
Znika szybko, czasem po jednym złym dniu, po jednym wyniku badań, po jednym bólu, który znów przychodzi nieproszony.
A jednak… nie potrafi zniknąć na zawsze.
Zawsze wraca. Czasem ledwie zauważalna, jak ledwie tląca się iskierka, a czasem jak jasny promień, który przecina najciemniejszy poranek.
Bo nawet odrobina nadziei potrafi zmienić bardzo wiele.
To ona sprawia, że wstaję, mimo że ciało mówi „nie dam rady”.
To ona każe mi próbować znów, mimo poprzednich porażek.
To ona przypomina mi, że teraz jest trudno, ale przecież nie zawsze tak będzie.
To ona podpowiada, że jest sens walczyć, leczyć się, iść dalej, choć droga wydaje się zbyt długa.
Nadzieja nie obiecuje cudów. Nie daje gwarancji.
Ale daje przestrzeń na oddech.
Daje miejsce, w którym człowiek może powiedzieć sobie: „może jeszcze nie wszystko stracone”.
W mojej codzienności nadzieja jest jak cichy towarzysz — taki, którego nie widać, ale którego czuć. To ona trzyma mnie za rękę, kiedy świat przygasa. To ona przypomina, że warto patrzeć w przyszłość, nawet jeśli dziś widzę tylko mgłę.
I może właśnie dlatego ma tak ogromną moc.
Bo nie musi być wielka, żeby działać.
Nie musi być pewna, żeby prowadzić.
Nie musi być krzykliwa, żeby poruszać człowieka do samego środka.
Czasem wystarczy jej tylko odrobina, by zmienić kierunek dnia.
A ja nauczyłam się, żeby tej odrobiny nie lekceważyć.
Bo często właśnie ona staje się pierwszym krokiem w stronę lepszego jutra.
Komentarze
Prześlij komentarz