Czasami patrzę na siebie i naprawdę nie mogę uwierzyć w to, jak bardzo się zmieniłam. Kiedyś byłam osobą, która bardzo źle znosiła ból. Nawet niewielki potrafił sprawić, że miałam dość. Nie wyobrażałam sobie, że można funkcjonować z bólem dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu. A dziś? Dziś sama siebie nie poznaję. Bo nie wiem, skąd bierze się we mnie siła, żeby każdego ranka znowu wstać i przeżyć kolejny dzień z bólem, który czasami jest tak ogromny, że trudno znaleźć słowa, żeby go opisać. Biorę tabletki. Przyklejam plastry. Robię wszystko, co mogę, żeby ten ból choć trochę uciszyć. Nie dlatego, że jestem silniejsza od niego. Po prostu muszę jakoś funkcjonować. Mam dom. Mam obowiązki. Są rzeczy, które trzeba zrobić. Dlatego mimo wszystko próbuję. I chyba właśnie to jest dla mnie najbardziej niewiarygodne. Że człowiek może przyzwyczaić się do czegoś, do czego nigdy nie powinien się przyzwyczaić. Do bólu. Ktoś, kto nigdy nie chorował na taką chorobę, prawdopodobni...
Kiedyś wydawało mi się, że czasu mam mnóstwo. Zawsze było „później”. Później zadzwonię. Później odpocznę. Później pojedziemy. Później zrobię coś tylko dla siebie. Życie jakoś zawsze miało poczekać. Dziś patrzę na czas zupełnie inaczej. Choroba nauczyła mnie, że czas nie pyta, czy jesteśmy gotowi. Nie zatrzymuje się wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebujemy. Płynie – niezależnie od tego, czy mamy siłę za nim nadążyć. I chyba właśnie dlatego tak bardzo zaczęłam doceniać te małe chwile. Spokojną kawę wypitą bez pośpiechu. Rozmowę z kimś bliskim. Słońce wpadające przez okno. Śmiech. Spacer, nawet jeśli jest krótki. Zwyczajny dzień, w którym nic złego się nie wydarzyło. Kiedyś mogłam uznać takie chwile za nic szczególnego. Dziś wiem, że właśnie z takich „nic” składa się życie. Czasami tęsknię za czasem, który już minął. Za sobą sprzed choroby. Za możliwościami, które kiedyś wydawały mi się oczywiste. Za dniami, których wtedy nie umiałam docenić. Ale wiem też, że nie mogę żyć wyłącznie tym,...