Przez większość życia uczymy się marzyć „na bogato”. O dalekich podróżach, wielkich planach, sukcesach, o życiu pełnym intensywnych barw. Marzenia mają być spektakularne, widoczne, godne opowiadania innym. A choroba bardzo szybko porządkuje tę hierarchię. Dziś moje marzenia są inne. Cichsze. Skromniejsze. Takie, które mieszczą się w zwykłym dniu. Marzę o poranku bez bólu. O nocy, w której zasnę bez wiercenia się z boku na bok. O dniu, w którym nie będę musiała planować wszystkiego pod objawy, leki i granice swojego ciała. Marzę o spacerze bez liczenia kroków. O wyjściu z domu bez stresu, czy dam radę wrócić. O zwykłej samodzielności, która kiedyś była tak oczywista, że nawet nie zasługiwała na miano marzenia. Kiedyś myślałam, że to za mało. Że takie marzenia są „zbyt małe”, niewystarczające, mało ambitne. Dziś wiem, że są ogromne. Bo okupione doświadczeniem, bólem i stratą. Nie wszystkie marzenia muszą być wielkie, żeby były ważne. Nie wszystkie muszą imponować innym. Niektóre są tylko...
Są pożegnania, do których nie da się przygotować. Nawet jeśli człowiek wie, że nadejdą. Nawet jeśli życie już wcześniej zaczęło powoli zmieniać kierunek. Przez wiele lat kolej była częścią mojego życia. A właściwie czymś więcej niż tylko pracą. Bo ja tam nie chodziłam „do pracy”. Ja robiłam coś, co naprawdę lubiłam. Co dawało mi satysfakcję, poczucie sensu i przynależności. To właśnie tam poznałam wielu wspaniałych ludzi. Takich, którzy pokazali mi, czym jest prawdziwa solidarność. Wzajemna pomoc. Zwykła ludzka życzliwość. W tej pracy bardzo szybko człowiek przekonuje się, że nie jest sam. Że obok są ludzie, na których można liczyć w trudnej chwili. Z czasem z tych codziennych relacji rodzi się coś więcej. Zżycie. Zaufanie. Poczucie, że tworzy się razem pewną wspólnotę. Dlatego to pożegnanie jest dla mnie tak trudne. Bardzo ciężko było mi zebrać się w sobie, żeby pojechać na posterunki ten ostatni raz. Wiedziałam, że to już koniec pewnego etapu. Że zamykam drzwi miejsca, które przez la...