Przejdź do głównej zawartości

Posty

Nie mierz cudzego bólu własną miarą

Cierpienie nie ma jednej skali. Nie da się go zważyć, porównać ani ustawić w kolejce od „najgorszego” do „mniej ważnego”. A jednak tak często próbujemy. Czasem nieświadomie, czasem w dobrej wierze, a czasem z bezradności. „Inni mają gorzej.” „To jeszcze nie jest takie straszne.” „Daj spokój, da się z tym żyć.” Te słowa padają zbyt łatwo. I ranią bardziej, niż się wydaje. Cierpienie zawsze jest subiektywne. To, co dla jednego jest chwilowym dyskomfortem, dla drugiego może być codzienną walką o przetrwanie. To, co ktoś znosi „jakoś”, dla kogoś innego jest granicą, której nie da się przekroczyć bez łamania siebie. Nauczyłam się tego na własnej skórze. Bo mój ból nie zawsze wyglądał „wystarczająco poważnie”. Nie zawsze był widoczny. Nie zawsze pasował do cudzych wyobrażeń o tym, jak powinno wyglądać cierpienie. A jednak był. Każdego dnia. I każdej nocy. Były momenty, kiedy słyszałam, że powinnam się cieszyć, bo „mogło być gorzej”. Tylko nikt nie pytał, jak bardzo boli mnie to, co jest tera...
Najnowsze posty

Cisi ludzie niosą najwięcej

Każdy człowiek ma swoje ukryte smutki, których świat nie zna; i często nazywamy człowieka zimnym, kiedy jest tylko smutny. W codzienności nie ma wielkich scen. Jest poranek, który trzeba jakoś zacząć. Jest dzień, który trzeba przejść. Jest wieczór, w którym człowiek w końcu może przestać udawać, że ma jeszcze siłę. Często myślimy, że smutek musi wyglądać jak płacz. Jak załamanie. Jak krzyk. A tymczasem on bardzo często jest cichy. Przychodzi bez zapowiedzi i zostaje na długo. Uczy milczenia. Odbiera ochotę na rozmowy. Sprawia, że człowiek wycofuje się trochę z życia — nie dlatego, że nie chce ludzi, ale dlatego, że nie ma już siły tłumaczyć, prostować, odpowiadać. Wtedy łatwo dostać łatkę „zimnej”. Zdystansowanej. Niedostępnej. Bo nie opowiadasz. Bo nie narzekasz. Bo nie wylewasz wszystkiego na zewnątrz. A prawda bywa zupełnie inna — po prostu nosisz w sobie więcej, niż jesteś w stanie unieść na głos. Znam ten stan aż za dobrze. Uśmiech, który pojawia się z przyzwyczajenia. Odpowiedź „...

Za młoda na osteoporozę

Są takie choroby, które w naszej głowie mają jedną etykietę. Jedną, jedyną. „To choroba ludzi starszych”. Osteoporoza właśnie do nich należy — kojarzona z emerytami, babciami, dziadkami. A jednak… choroby nie pytają o wiek. Nie sprawdzają metryki. Nie czekają, aż człowiek będzie „w odpowiednim wieku”, żeby móc zachorować. I właśnie dlatego tyle młodych osób żyje z osteoporozą… nawet o tym nie wiedząc. Bo kto skieruje młodą osobę na badanie gęstości kości? Kto powie: „sprawdźmy to, na wszelki wypadek”? Zazwyczaj nikt. A przecież ta choroba nie wybiera tylko tych po sześćdziesiątce. Potrafi uderzyć dużo wcześniej — i to z taką mocą, że człowiek nagle czuje się jak chodzący szkic kruchych linii. Najgorsze jest to, że młody pacjent z osteoporozą często zostaje bez odpowiedniego leczenia. Bo refundacja mu się nie należy. Bo „za młody”. Bo system patrzy na rocznik, nie na wyniki badań. A leczenie? Kosmicznie drogie. I nagle człowiek staje przed wyborem: zdrowie czy portfel? Terapia czy rachu...

Nie zmienia. Zabiera wszystko.

Często słyszę, że choroba „zmienia życie”. Że „uczy pokory”. Że „przewartościowuje”. I za każdym razem mam w sobie cichy sprzeciw. Bo ciężka choroba nie zmienia życia. Ona je rozrywa. W jednej chwili burzy wszystko, co było poukładane, znane, bezpieczne. Zostawia człowieka na gruzach codzienności, z pytaniem: co teraz? – i bez żadnej instrukcji, jak żyć dalej. Jeszcze wczoraj było „normalnie”. Plany, obowiązki, praca, przyszłość. Dni wypełnione do granic możliwości. Myśl, że jutro będzie bardzo podobne do dziś. A potem przychodzi diagnoza. Albo objawy, których nie da się już zignorować. Albo moment, w którym ciało mówi „dość” – i już nie da się udawać, że to tylko gorszy dzień. I nagle wszystko się kończy. Nie powoli. Nie stopniowo. Tylko od razu. Ciężka choroba nie pyta o gotowość. Nie daje czasu na pożegnanie starego życia. Zabiera samodzielność, poczucie kontroli, plany na przyszłość. Zostawia strach, ból i niepewność. Zostawia codzienność, która wygląda zupełnie inaczej niż ta, o k...

Najdroższa waluta świata

„Najdroższą walutą tego świata jest czas. Czas, którego nie można kupić, odzyskać, ani cofnąć. Można go za to właściwie wykorzystać i dobrze zainwestować.” (autor nieznany) Ten cytat zatrzymał mnie na dłużej. Może dlatego, że dziś czas ma dla mnie zupełnie inną wartość niż kiedyś. Kiedyś wydawało mi się, że jest go nieskończenie wiele. Że zdążę. Że jeszcze przyjdzie moment. Że teraz nie, ale kiedyś na pewno. Dziś wiem, jak bardzo się myliłam. Czas jest czymś, czego nikt nam nie odda. Nie da się go odłożyć na później, nie da się go „przeżyć jeszcze raz”, nie da się go cofnąć nawet wtedy, gdy bardzo byśmy chcieli. Każda minuta mija bezpowrotnie, niezależnie od tego, czy była dobra, trudna, czy całkiem zwyczajna. Choroba nauczyła mnie jednej bardzo bolesnej, ale też bardzo ważnej rzeczy – że czas nie zawsze mierzy się ilością dni, ale jakością chwil. Że nie zawsze chodzi o to, ile zrobimy, ale z kim i jak ten czas spędzimy. Że czasem najlepszą inwestycją nie jest praca, plany ani ambicje,...

Jak rozmawiać o marzeniach, które się oddaliły

Są pytania, które z pozoru są niewinne. „A jakie masz plany?” „Gdzie jedziesz na wakacje?” „Co chciałabyś teraz robić?” Dla wielu to zwykła rozmowa. Mała wymiana zdań, chwila lekkości. Dla mnie – i dla wielu osób w podobnej sytuacji – to moment, w którym coś w środku cichnie. Bo odpowiedzi nie są proste. Kiedyś były. Kiedyś marzenia przychodziły same, naturalnie. Miały kierunek, daty, kolory. Można było planować bez strachu, że ciało powie „stop”, że zdrowie znowu wszystko zweryfikuje. Dziś każde pytanie o przyszłość zahacza o niepewność. Bo jak powiedzieć, że nie wiem? Nie dlatego, że mi się nie chce. Nie dlatego, że nie mam wyobraźni. Tylko dlatego, że moje życie nauczyło mnie ostrożności. Marzenia się nie skończyły. One się oddaliły. Jakby ktoś przesunął je dalej, poza zasięg ręki. Nadal je widzę, nadal o nich myślę, ale wiem, że nie wszystko jest ode mnie zależne. Że czasem zdrowie ma ostatnie słowo. Najtrudniej jest wtedy, gdy rozmówca nie chce sprawić przykrości, a jednak trafia ...

Dzień Babci i Dziadka

Wczoraj był Dzień Babci a dziś jest Dzień Dziadka. Dla wielu – kwiaty, laurki, telefon, uśmiech po drugiej stronie słuchawki. Dla mnie to dzień ciszy. Takiej, która boli trochę bardziej niż zwykle. Nie mam już nikogo z nich. Nie ma do kogo zadzwonić. Nie ma kogo uściskać. Nie ma kogo odwiedzić „choćby na chwilę”. Zostały tylko wspomnienia. I tęsknota, która wraca w takie dni jak dziś. Każde z nich pamiętam inaczej. Inny głos. Inny zapach. Inny sposób bycia. Jedno dawało poczucie bezpieczeństwa, drugie ciepło, trzecie spokój, czwarte uczyło świata po swojemu. Każde zostawiło we mnie coś innego. Coś, co noszę do dziś, choć ich już nie ma. Brakuje mi tych rozmów. Zwyczajnych, prostych. Tych chwil, kiedy można było usiąść obok i po prostu być. Bez pośpiechu, bez planów, bez „zaraz muszę lecieć”. Brakuje mi ich spojrzeń, rad, uśmiechów. Nawet milczenia, które przy nich było inne – spokojniejsze. Czasem tak bardzo chciałabym móc zobaczyć ich jeszcze raz. Choćby na moment. Usiąść naprzeciwko,...