Są takie miejsca, do których nie jedziemy po to, żeby coś zobaczyć. Jedziemy tam, żeby poczuć. Dla mnie jednym z takich miejsc jest las. Nie potrzebuję tam wielkich atrakcji. Nie potrzebuję planu, mapy ani listy rzeczy do zrobienia. Wystarczy dom między drzewami, zapach mokrej ziemi, szum liści i ten niezwykły rodzaj ciszy, który wcale nie jest pusty. Bo las nie milczy. On szumi. Oddycha. Szeleści. Czasem skrzypi pod stopami. Śpiewają w nim ptaki, wiatr porusza gałęziami, a gdzieś w oddali zawsze dzieje się coś, czego nie muszę rozumieć. I chyba właśnie tego czasami najbardziej potrzebuję. Nie rozumieć. Nie analizować. Nie zastanawiać się, co będzie jutro. Po prostu być. Ostatnio coraz częściej myślę o tym, jak bardzo człowiek potrafi zmęczyć się własnymi myślami. Możemy siedzieć w ciszy, a w głowie wciąż trwa rozmowa. Pytania, obawy, plany, wspomnienia. To, co było. To, czego nie udało się zrobić. To, co może się wydarzyć. A potem jadę do lasu. I nagle wszystko trochę zwalnia. Problem...
Przez bardzo długi czas żyłam nadzieją, że kiedyś wszystko wróci do tego, co było. Że jeszcze będę tą samą kobietą. Tą, która rano zakładała mundur i szła do pracy z uśmiechem. Która mogła spontanicznie wyjechać, zaplanować weekend, zrobić zakupy, posprzątać cały dom i jeszcze wieczorem mieć siłę na wspólny spacer. Bardzo długo tęskniłam za tamtą sobą. I chyba jeszcze trochę tęsknię. Bo trudno nie tęsknić za życiem, które się kochało. Z czasem jednak zrozumiałam coś, co nie przyszło mi łatwo. Ja już nie wrócę do tamtej wersji siebie. Nie dlatego, że przestałam walczyć. Wręcz przeciwnie. Walczę każdego dnia. Ale są bitwy, których nie wygrywa się powrotem do przeszłości. Wygrywa się je nauczeniem się życia na nowo. Dzisiaj moje życie wygląda inaczej. Mam więcej ograniczeń. Więcej bólu. Więcej leków niż planów. Muszę odpoczywać wtedy, gdy dawniej nawet nie pomyślałabym o położeniu się do łóżka. I długo wydawało mi się, że skoro nie mogę żyć tak jak kiedyś, to już nic dobrego mnie nie czek...