Minął właśnie rok. Rok od momentu, kiedy powstała „Siła codzienności”. Nie wiedziałam wtedy, dokąd mnie to zaprowadzi. Nie wiedziałam, czy ktokolwiek będzie chciał czytać moje słowa, czy ktoś odnajdzie w nich cząstkę siebie. To miało być trochę dla mnie… trochę, żeby poukładać myśli, wyrzucić z siebie to, co najtrudniejsze. A stało się czymś o wiele większym. Dzięki Wam. Dzięki Waszym historiom, które często były równie trudne, a czasem jeszcze trudniejsze niż moje. Dzięki Waszym wiadomościom, komentarzom, dobrym słowom — tym wszystkim małym gestom, które dla kogoś z zewnątrz mogą wydawać się drobiazgiem, a dla mnie były czymś, co trzymało mnie na powierzchni. To właśnie dzięki Wam udało mi się przetrwać najgorszy moment mojej choroby. Największe uderzenie depresji. Załamanie, które wydawało się nie do przejścia. I ten najtrudniejszy etap — brak pogodzenia się ze swoją niepełnosprawnością. Byliście wtedy. Czytaliście. Pisaliście. Czasem po prostu byliście w ciszy — ale nawet to miało o...
Są takie dni, kiedy patrzę na swoją szafę i brakuje mi jednego widoku — munduru. Nie dlatego, że był wygodny. Nie dlatego, że zawsze było lekko, spokojnie i bezstresowo. Brakuje mi go, bo był częścią mnie. Częścią mojego życia, rytmu, tożsamości. Częścią, która mówiła mi każdego dnia: „jesteś potrzebna”. Dziś mam dni bez munduru. I one wcale nie są łatwe. Czasem łapię się na tym, że tęsknię nawet za tym, co kiedyś mnie męczyło — za pośpiechem, za odpowiedzialnością, za tym charakterystycznym napięciem, kiedy wszystko musiało działać jak w zegarku. Za poczuciem, że to, co robię, naprawdę ma znaczenie. Ale najbardziej… brakuje mi ludzi. Tych codziennych rozmów, drobnych żartów, wsparcia, które pojawiało się bez słów. Brakuje mi współpracowników, którzy stali się kimś więcej niż tylko „ludźmi z pracy”. Stali się częścią mojego świata. Dni bez munduru uczą mnie jednego: życie potrafi się przewrócić w sekundę. I kiedy jedna droga nagle się kończy — nawet jeśli kończy się wbrew naszej woli —...