Jest jedna rzecz, której — wiem to już dziś — nie zapomnę do końca życia. Może miną kolejne miesiące, kolejne lata, może będę dalej brała leki, pracowała nad sobą, uczyła się spokoju… ale ten jeden obraz wraca do mnie z taką siłą, jakby wydarzył się wczoraj. Budzenie się po operacji. Otwieranie oczu w szpitalnej sali. I ta jedna, przerażająca sekunda, w której próbuję poruszyć nogą… i nic. Martwa cisza w ciele. Pustka zamiast ruchu. Chłód strachu, który nie mieści się w żadnej definicji. To wraca do mnie noc w noc, choć świat na zewnątrz śpi. Mimo leków przeciwdepresyjnych. Mimo tabletek nasennych. Mimo że tak bardzo chcę o tym zapomnieć. Śpię, a jednak budzę się w nerwach. Budzi mnie ten sam moment — ten pierwszy oddech po operacji, ta pierwsza próba poruszenia nogą, ta pierwsza myśl: „Nie czuję jej. Co teraz?” Co najgorsze… finał tego snu zawsze jest inny. Czasem kończy się dobrze, czasem tragicznie. Ale początek jest zawsze taki sam. Zawsze. Jakby mój umysł zapisał ten obraz najgłęb...
To zdanie słyszałam już wiele razy. Zbyt wiele. „Ty jesteś chora? Przecież dobrze wyglądasz.” „Nie wyglądasz na osobę chorą.” „Gdybyś nic nie mówiła, nigdy bym nie pomyślała.” I za każdym razem nie wiem, czy mam się uśmiechnąć, czy rozpłakać. Bo ludzie bardzo często oceniają życie po okładce. Patrzą na twarz, ubranie, włosy, uśmiech. I jeśli nie widzą kul, wózka, opatrunków uznają, że wszystko jest w porządku. Że człowiek jest zdrowy. Sprawny. Normalnie funkcjonujący. A przecież choroba nie zawsze krzyczy. Czasem siedzi cicho pod skórą. Czasem ukrywa się w bólu, którego nie widać. W drętwieniu nóg. W zmęczeniu tak ogromnym, że człowiek nie ma siły podnieść głowy. W garści tabletek połkniętych przed wyjściem z domu tylko po to, żeby „jakoś wyglądać”. Ludzie nie widzą tego, ile kosztuje mnie zwykłe wyjście. Nie widzą, że zanim gdzieś pojadę, muszę wcześniej odpoczywać, brać leki, planować każdy ruch. Nie widzą, że czasem po kilku godzinach „normalnego funkcjonowania” wracam do domu i pła...