Przez całą swoją chorobę spotkałam ludzi, których do dziś wspominam z wdzięcznością. Takich, którzy pojawili się wtedy, kiedy naprawdę ich potrzebowałam. Którzy nie pytali, czy przesadzam. Nie oceniali. Nie mówili: „inni mają gorzej”. Po prostu byli. Ale spotkałam też takich, po których zostało coś zupełnie innego. Rozczarowanie. Żal. Złość. Czasem niedowierzanie, że człowiek może być dla drugiego człowieka aż tak obojętny. Choroba bardzo szybko pokazuje, kto jest obok naprawdę, a kto tylko wtedy, kiedy jest łatwo, wygodnie i przyjemnie albo potrzebuje informacji. I chyba każdy z nas, kto przez dłuższy czas zmaga się z chorobą, miał kiedyś taki moment, w którym pomyślał: „Mam to gdzieś.” Nie będę się martwić jak ktoś źle życzy. Nie będę się martwić jak ktoś źle mówi. Nie będę się przejmować czyjąś zawiścią. Nie będę się mścić. Nie będę poświęcać kolejnych kawałków siebie komuś, kto i tak nie potrafił ich docenić. Bo po co? Przecież istnieje coś takiego jak karma. Wiem, że nie zaws...
Ostatnio trochę mniej we mnie nadziei. Nie straciłam jej całkiem. Jeszcze gdzieś tam jest. Tli się małym płomieniem, którego nie potrafię, a może nie chcę, zgasić do końca. Ale podczas ostatniej wizyty u lekarza ktoś mocno na niego dmuchnął. Bo znowu pojawiło się „może”. Może leczenie biologiczne się opóźni. Może inne problemy zdrowotne staną się przeszkodą. Może trzeba będzie znowu czekać. A ja tak bardzo nie chcę już czekać. Czekam na to leczenie jak na coś, co może wreszcie pozwolić mi trochę odetchnąć. Nie oczekuję cudu. Wiem, że tego, co już zostało uszkodzone, nie da się cofnąć. Wiem, że nie obudzę się nagle w ciele sprzed choroby. Chcę tylko, żeby nie psuło się już nic więcej. Chcę zatrzymać chorobę, zanim zabierze mi kolejne kawałki sprawności. Chcę wreszcie poczuć ulgę w bólu. Chcę choć trochę normalności. Bo dla mnie normalność nie oznacza już wielkich rzeczy. To możliwość wyjścia z domu bez zastanawiania się, ile wytrzymam. To dzień, w którym ból nie jest pierwszą rzeczą, o ...