Mówią, że kiedy tracisz wszelką wiarę, musisz uwierzyć w cuda. Tylko nikt nie mówi, jak bardzo to jest trudne. Bo wiara nie przychodzi na zawołanie. Nie pojawia się dlatego, że bardzo jej potrzebujesz. Czasem trzeba ją z siebie wydobywać resztkami sił — wtedy, kiedy właściwie już nic w Tobie nie zostało. Ja już próbowałam. Naprawdę próbowałam uwierzyć. Ostatnio było inaczej. Była nadzieja. Była radość — taka cicha, ostrożna, jakby bała się, że ktoś ją zauważy i zaraz odbierze. Pozwoliłam sobie pomyśleć, że może tym razem się uda. Że może dostanę chociaż chwilę wytchnienia. Dwa, trzy tygodnie bez bólu. Bez walki o każdy ruch, o każdy oddech, o każdy dzień. To nie było marzenie o wielkim szczęściu. To było marzenie o normalności. I znowu… nie wyszło. Znowu zostałam z czymś, co miało pomóc, a przyniosło tylko skutki uboczne. Znowu moje ciało nie dało mi tej krótkiej przerwy, o którą tak bardzo prosiłam. Ból nie odpuścił. Nawet na chwilę. I w takich momentach naprawdę trudno wierzyć w coko...
Są momenty w życiu, kiedy czekanie jest najtrudniejsze. Niepewność potrafi zmęczyć bardziej niż najgorsza prawda. Miesiące badań. Kolejne wizyty. Nadzieja przeplatana strachem. I w końcu jest — odpowiedź. Wreszcie wszystkie wyniki ułożyły się w jedną całość. Wreszcie ktoś spojrzał na to wszystko i powiedział: „wiemy, z czym się mierzysz”. To dziwne uczucie. Z jednej strony ulga — bo to nie było „w mojej głowie”, bo ten ból, to zmęczenie, ta codzienna walka mają swoją przyczynę. Z drugiej strony strach — bo wiem, co to oznacza. To choroba, która powoli odbiera ruch. Która sprawia, że ciało zaczyna się zamykać w sobie. Stawy, które powinny dawać swobodę — zaczynają się zrastać. Krok po kroku. Dzień po dniu. Aż w końcu mogą przestać się poruszać. To choroba, która nie zatrzymuje się tylko na jednym miejscu. Może sięgnąć dalej — do płuc, do serca, do nerek, do oczu. Może zabrać nie tylko sprawność, ale i spokój. A jeśli zostanie bez leczenia… prowadzi do trwałego inwalidztwa, do życia w ci...