To zdanie słyszałam już wiele razy. Zbyt wiele. „Ty jesteś chora? Przecież dobrze wyglądasz.” „Nie wyglądasz na osobę chorą.” „Gdybyś nic nie mówiła, nigdy bym nie pomyślała.” I za każdym razem nie wiem, czy mam się uśmiechnąć, czy rozpłakać. Bo ludzie bardzo często oceniają życie po okładce. Patrzą na twarz, ubranie, włosy, uśmiech. I jeśli nie widzą kul, wózka, opatrunków uznają, że wszystko jest w porządku. Że człowiek jest zdrowy. Sprawny. Normalnie funkcjonujący. A przecież choroba nie zawsze krzyczy. Czasem siedzi cicho pod skórą. Czasem ukrywa się w bólu, którego nie widać. W drętwieniu nóg. W zmęczeniu tak ogromnym, że człowiek nie ma siły podnieść głowy. W garści tabletek połkniętych przed wyjściem z domu tylko po to, żeby „jakoś wyglądać”. Ludzie nie widzą tego, ile kosztuje mnie zwykłe wyjście. Nie widzą, że zanim gdzieś pojadę, muszę wcześniej odpoczywać, brać leki, planować każdy ruch. Nie widzą, że czasem po kilku godzinach „normalnego funkcjonowania” wracam do domu i pła...
Nadzieja ma w sobie coś, czego nie potrafię do końca nazwać. Coś pomiędzy światłem a szeptem. Pomiędzy tym, co racjonalne, a tym, co całkowicie intuicyjne. Niektórzy mówią, że to wręcz magiczna siła — taka, która pojawia się wtedy, kiedy wszystko inne zawodzi. I może mają rację. Bo w moim życiu nadzieja nieraz była właśnie tym: niespodziewanym drgnieniem, które podnosiło mnie wtedy, gdy sama nie wiedziałam, skąd znaleźć siłę. Jest ulotna. Znika szybko, czasem po jednym złym dniu, po jednym wyniku badań, po jednym bólu, który znów przychodzi nieproszony. A jednak… nie potrafi zniknąć na zawsze. Zawsze wraca. Czasem ledwie zauważalna, jak ledwie tląca się iskierka, a czasem jak jasny promień, który przecina najciemniejszy poranek. Bo nawet odrobina nadziei potrafi zmienić bardzo wiele. To ona sprawia, że wstaję, mimo że ciało mówi „nie dam rady”. To ona każe mi próbować znów, mimo poprzednich porażek. To ona przypomina mi, że teraz jest trudno, ale przecież nie zawsze tak będzie. To ona ...