Październik znów zrobił się różowy. Różowe wstążki, przypomnienia, historie kobiet, które walczą z rakiem piersi. I choć co roku słyszymy o tym samym, dla mnie ten temat nigdy nie jest tylko kolejną kampanią. Jest bardzo osobisty. Kilka lat temu również ja usłyszałam wiadomość, która spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Guz. Jedno słowo, a w głowie nagle pojawia się tysiąc pytań. Czy to rak? Co będzie dalej? Czy czeka mnie operacja? Leczenie? Czy moje życie za chwilę się zmieni? Na szczęście w moim przypadku guz okazał się łagodny. Nie potrzebowałam ani operacji, ani leczenia. Ale strachu, który wtedy poczułam, nie zapomina się tak łatwo. Dlatego dzisiaj, kiedy widzę różową wstążkę, myślę nie tylko o kobietach, które zachorowały. Myślę o tych, które właśnie czekają na wyniki. O tych, które każdego dnia próbują oswoić strach. O ich rodzinach, które często boją się razem z nimi. I myślę o sobie. O tym, jak często potrafimy zadbać o wszystkich wokół, a siebie odkładamy na później. Bo ...
Przez całą swoją chorobę spotkałam ludzi, których do dziś wspominam z wdzięcznością. Takich, którzy pojawili się wtedy, kiedy naprawdę ich potrzebowałam. Którzy nie pytali, czy przesadzam. Nie oceniali. Nie mówili: „inni mają gorzej”. Po prostu byli. Ale spotkałam też takich, po których zostało coś zupełnie innego. Rozczarowanie. Żal. Złość. Czasem niedowierzanie, że człowiek może być dla drugiego człowieka aż tak obojętny. Choroba bardzo szybko pokazuje, kto jest obok naprawdę, a kto tylko wtedy, kiedy jest łatwo, wygodnie i przyjemnie albo potrzebuje informacji. I chyba każdy z nas, kto przez dłuższy czas zmaga się z chorobą, miał kiedyś taki moment, w którym pomyślał: „Mam to gdzieś.” Nie będę się martwić jak ktoś źle życzy. Nie będę się martwić jak ktoś źle mówi. Nie będę się przejmować czyjąś zawiścią. Nie będę się mścić. Nie będę poświęcać kolejnych kawałków siebie komuś, kto i tak nie potrafił ich docenić. Bo po co? Przecież istnieje coś takiego jak karma. Wiem, że nie zaws...