Choroby autoimmunologiczne brzmią niepozornie. Dla wielu to tylko trudna nazwa, medyczne hasło, coś, co „da się leczyć” albo „z czym można normalnie żyć”. W praktyce jednak bardzo często oznaczają walkę, której nie widać z zewnątrz – a która potrafi odebrać siły, sprawność i poczucie bezpieczeństwa. W chorobach autoimmunologicznych organizm zwraca się przeciwko samemu sobie. Atakuje własne tkanki, narządy, stawy, nerwy. Każdy dzień może wyglądać inaczej. Jednego dnia da się wstać, funkcjonować, nawet uśmiechać się do świata. Drugiego – ból, skrajne zmęczenie i uczucie, jakby ciało ważyło tonę, przygniatają wszystko inne. To nie są „gorsze dni”. To nie jest „zwykłe zmęczenie”. To nie jest coś, co mija po odpoczynku. Choroby autoimmunologiczne potrafią prowadzić do realnej niepełnosprawności. Do ograniczeń, które zmieniają codzienne życie w serię kompromisów. Do konieczności rezygnowania z pracy, planów, marzeń. Do bólu, który jest przewlekły, uporczywy i wyczerpujący nie tylko fizycznie...
Długo myślałam, czym tak naprawdę jest siła. Nie ta z poradników, nie ta z motywacyjnych haseł, nie ta, którą tak łatwo przypisuje się ludziom „dzielnym” i „radzącym sobie”. Tylko ta prawdziwa, codzienna, cicha. I doszłam do wniosku, że siła w gruncie rzeczy jest synonimem wiary. Nie wiary w cuda, które wydarzą się jutro. Nie wiary w to, że nagle wszystko się ułoży. Ale wiary w to, że mimo wszystko warto wstać. Warto oddychać. Warto jeszcze spróbować przeżyć ten dzień. Bo kiedy choroba zabiera pewność jutra, kiedy odbiera sprawczość, plany, marzenia, wtedy siła nie polega na uśmiechu ani na udawaniu, że „jest okej”. Siła polega na tym, że nie pozwalamy całkiem umrzeć nadziei. Nawet jeśli jest maleńka. Nawet jeśli ledwo się tli. Prawdziwa odwaga nie krzyczy. Ona karmi nadzieję po cichu. Drobnostkami. Jedną dobrą myślą. Jednym spokojniejszym oddechem. Jednym „jeszcze dziś spróbuję”. Są dni, kiedy wiara ma postać łez. Są dni, kiedy wygląda jak bezsilność. Są też takie, kiedy jedynym aktem...