Nadzieja ma w sobie coś, czego nie potrafię do końca nazwać. Coś pomiędzy światłem a szeptem. Pomiędzy tym, co racjonalne, a tym, co całkowicie intuicyjne. Niektórzy mówią, że to wręcz magiczna siła — taka, która pojawia się wtedy, kiedy wszystko inne zawodzi. I może mają rację. Bo w moim życiu nadzieja nieraz była właśnie tym: niespodziewanym drgnieniem, które podnosiło mnie wtedy, gdy sama nie wiedziałam, skąd znaleźć siłę. Jest ulotna. Znika szybko, czasem po jednym złym dniu, po jednym wyniku badań, po jednym bólu, który znów przychodzi nieproszony. A jednak… nie potrafi zniknąć na zawsze. Zawsze wraca. Czasem ledwie zauważalna, jak ledwie tląca się iskierka, a czasem jak jasny promień, który przecina najciemniejszy poranek. Bo nawet odrobina nadziei potrafi zmienić bardzo wiele. To ona sprawia, że wstaję, mimo że ciało mówi „nie dam rady”. To ona każe mi próbować znów, mimo poprzednich porażek. To ona przypomina mi, że teraz jest trudno, ale przecież nie zawsze tak będzie. To ona ...
Czasami łatwo uwierzyć, że życie składa się głównie ze smutku. Z trudnych dni. Z cierpienia, które potrafi przyćmić wszystko inne. Ale prawda jest trochę inna. Bo gdzieś obok tego wszystkiego — naprawdę obok, nawet jeśli czasem trudno to zauważyć — jest też druga strona. Ta cicha. Ta dobra. Ta, która nie krzyczy, tylko po prostu jest. Jest tyle samo chwil spokojnych, co tych trudnych. Tyle samo momentów, w których można się uśmiechnąć — nawet jeśli to uśmiech zmęczony, trochę przez łzy. Dla mnie te chwile mają bardzo konkretne miejsce. Działka. To właśnie tutaj wszystko zwalnia. Tutaj czas przestaje mnie gonić. Tutaj mogę po prostu być. Uwielbiam ten czas. Nawet jeśli wracam ze spaceru po lesie zmęczona, obolała, czasem jeszcze bardziej świadoma swojego ciała niż zwykle — to w środku czuję coś zupełnie innego. Spokój. Taki prawdziwy. Cichy. Ukojenie, którego tak często brakuje w codzienności. To tutaj, wśród drzew, rozmów z bliskimi i zwykłych chwil, które niczego nie udają — odpoczywa...