Cierpienie nie ma jednej skali. Nie da się go zważyć, porównać ani ustawić w kolejce od „najgorszego” do „mniej ważnego”. A jednak tak często próbujemy. Czasem nieświadomie, czasem w dobrej wierze, a czasem z bezradności. „Inni mają gorzej.” „To jeszcze nie jest takie straszne.” „Daj spokój, da się z tym żyć.” Te słowa padają zbyt łatwo. I ranią bardziej, niż się wydaje. Cierpienie zawsze jest subiektywne. To, co dla jednego jest chwilowym dyskomfortem, dla drugiego może być codzienną walką o przetrwanie. To, co ktoś znosi „jakoś”, dla kogoś innego jest granicą, której nie da się przekroczyć bez łamania siebie. Nauczyłam się tego na własnej skórze. Bo mój ból nie zawsze wyglądał „wystarczająco poważnie”. Nie zawsze był widoczny. Nie zawsze pasował do cudzych wyobrażeń o tym, jak powinno wyglądać cierpienie. A jednak był. Każdego dnia. I każdej nocy. Były momenty, kiedy słyszałam, że powinnam się cieszyć, bo „mogło być gorzej”. Tylko nikt nie pytał, jak bardzo boli mnie to, co jest tera...
Każdy człowiek ma swoje ukryte smutki, których świat nie zna; i często nazywamy człowieka zimnym, kiedy jest tylko smutny. W codzienności nie ma wielkich scen. Jest poranek, który trzeba jakoś zacząć. Jest dzień, który trzeba przejść. Jest wieczór, w którym człowiek w końcu może przestać udawać, że ma jeszcze siłę. Często myślimy, że smutek musi wyglądać jak płacz. Jak załamanie. Jak krzyk. A tymczasem on bardzo często jest cichy. Przychodzi bez zapowiedzi i zostaje na długo. Uczy milczenia. Odbiera ochotę na rozmowy. Sprawia, że człowiek wycofuje się trochę z życia — nie dlatego, że nie chce ludzi, ale dlatego, że nie ma już siły tłumaczyć, prostować, odpowiadać. Wtedy łatwo dostać łatkę „zimnej”. Zdystansowanej. Niedostępnej. Bo nie opowiadasz. Bo nie narzekasz. Bo nie wylewasz wszystkiego na zewnątrz. A prawda bywa zupełnie inna — po prostu nosisz w sobie więcej, niż jesteś w stanie unieść na głos. Znam ten stan aż za dobrze. Uśmiech, który pojawia się z przyzwyczajenia. Odpowiedź „...