Są takie dni, które czuje się inaczej. Jeszcze zanim się wydarzą. Dziś jest dla mnie właśnie taki dzień. Po raz pierwszy — naprawdę pierwszy — opowiem swoją historię na żywo. Nie schowana za słowami na ekranie. Nie ukryta pod pseudonimem. Tylko ja. Pamiętam moment, kiedy zaczęłam pisać swoją książkę. Byłam wtedy pewna, że nikt, kto mnie zna, nigdy jej nie przeczyta. Że to będzie moja bezpieczna przestrzeń — miejsce, w którym mogę powiedzieć wszystko, ale jednocześnie pozostać niewidzialna. A potem… wszystko potoczyło się inaczej. Przez Was. A właściwie — dzięki Wam. Dzięki komentarzom. Dzięki wiadomościom, które czytałam czasem ze łzami w oczach. Że ta książka komuś pomogła. Że ktoś odnalazł w niej siebie. Że ktoś, tak jak ja, próbuje się podnieść. I nagle ta historia przestała być tylko moja. Dziś chcę z góry podziękować wszystkim, którzy przyjdą na spotkanie autorskie. Którzy mnie wysłuchają. Którzy może odważą się powiedzieć coś o sobie. To dla mnie więcej, niż jestem w stanie ubrać...
Mówią, że kiedy tracisz wszelką wiarę, musisz uwierzyć w cuda. Tylko nikt nie mówi, jak bardzo to jest trudne. Bo wiara nie przychodzi na zawołanie. Nie pojawia się dlatego, że bardzo jej potrzebujesz. Czasem trzeba ją z siebie wydobywać resztkami sił — wtedy, kiedy właściwie już nic w Tobie nie zostało. Ja już próbowałam. Naprawdę próbowałam uwierzyć. Ostatnio było inaczej. Była nadzieja. Była radość — taka cicha, ostrożna, jakby bała się, że ktoś ją zauważy i zaraz odbierze. Pozwoliłam sobie pomyśleć, że może tym razem się uda. Że może dostanę chociaż chwilę wytchnienia. Dwa, trzy tygodnie bez bólu. Bez walki o każdy ruch, o każdy oddech, o każdy dzień. To nie było marzenie o wielkim szczęściu. To było marzenie o normalności. I znowu… nie wyszło. Znowu zostałam z czymś, co miało pomóc, a przyniosło tylko skutki uboczne. Znowu moje ciało nie dało mi tej krótkiej przerwy, o którą tak bardzo prosiłam. Ból nie odpuścił. Nawet na chwilę. I w takich momentach naprawdę trudno wierzyć w coko...