Są zdania, które człowiek wypowiada szeptem, jakby jeszcze trochę liczył, że gdy powie je ciszej, to staną się mniej prawdziwe. Dla mnie takim zdaniem jest: „Jestem niespełna czterdziestoletnią rencistką.” Do dziś, kiedy je słyszę — a jeszcze bardziej, kiedy sama je wypowiadam — coś we mnie drga. Jakby to dotyczyło kogoś innego. Jakby to była historia obok, nie moja własna. Bo przecież nikt nie przygotowuje się na to, że w takim wieku będzie mieć „rentę”, zamiast „etat”, „leczenie”, zamiast „plany”, „wizyty u specjalistów”, zamiast „terminów w kalendarzu”. Dziwi to ludzi. Widzę to w ich oczach. Ale prawda jest taka, że mnie samą dziwi jeszcze bardziej. Czasem mam wrażenie, że moje życie zostało gwałtownie przecięte na dwie części: tę sprzed choroby — pełną obowiązków, pracy, aktywności, i tę po chorobie — pełną niepewności, ograniczeń i słowa, które wciąż nie chce się dobrze ułożyć w ustach: renta. To brzmi tak obco, tak paradoksalnie, tak… niesprawiedliwie. Bo przecież ja mam dopiero ...
Gombrowicz w Ferdydurke pisał o formie — o tym, że każdy z nas nieustannie w coś się „lepi”, w coś dopasowuje, w coś wciska. Że świat oczekuje, byśmy przybierali określone twarze, zachowywali się według znanych schematów, a my — chcąc czy nie chcąc — zakładamy maski, żeby w tym świecie jakoś przetrwać. I myślę, że mało kto rozumie tę „formę” tak dobrze, jak człowiek przewlekle chory. Codziennie rano zakładam swoją maskę. Nie z pudru, nie z makijażu, nie z uśmiechu odbitego w lustrze. To maska głębsza, bardziej wymagająca. Masa nakładana na twarz, ale i na serce. Maska wesołej rencistki, która przecież sobie radzi. Maska zdrowej, choć ciało boli od przebudzenia. Maska pogodzonej z losem, choć pod tą warstwą nadal toczy się cicha wojna. Gdy wychodzę do ludzi, gdy piszę, gdy rozmawiam — gdzieś obok mnie stoi ta forma, którą świat chce widzieć. Forma, którą sama tworzę, by nie być „tą chorą”, „tą biedną”, „tą, co ciągle cierpi”. A prawda jest taka, że czasem… jestem po prostu zmęczona włas...