Przejdź do głównej zawartości

Posty

Tory, które zostaną w moim sercu

Są pożegnania, do których nie da się przygotować. Nawet jeśli człowiek wie, że nadejdą. Nawet jeśli życie już wcześniej zaczęło powoli zmieniać kierunek. Przez wiele lat kolej była częścią mojego życia. A właściwie czymś więcej niż tylko pracą. Bo ja tam nie chodziłam „do pracy”. Ja robiłam coś, co naprawdę lubiłam. Co dawało mi satysfakcję, poczucie sensu i przynależności. To właśnie tam poznałam wielu wspaniałych ludzi. Takich, którzy pokazali mi, czym jest prawdziwa solidarność. Wzajemna pomoc. Zwykła ludzka życzliwość. W tej pracy bardzo szybko człowiek przekonuje się, że nie jest sam. Że obok są ludzie, na których można liczyć w trudnej chwili. Z czasem z tych codziennych relacji rodzi się coś więcej. Zżycie. Zaufanie. Poczucie, że tworzy się razem pewną wspólnotę. Dlatego to pożegnanie jest dla mnie tak trudne. Bardzo ciężko było mi zebrać się w sobie, żeby pojechać na posterunki ten ostatni raz. Wiedziałam, że to już koniec pewnego etapu. Że zamykam drzwi miejsca, które przez la...
Najnowsze posty

Radość jest potrzebą, siłą i wartością życia

Przez długi czas myślałam, że radość to dodatek. Coś, na co można sobie pozwolić, kiedy wszystko inne jest już poukładane. Kiedy zdrowie dopisuje, kiedy życie idzie zgodnie z planem, kiedy nie trzeba się martwić. Dziś wiem, jak bardzo się myliłam. Radość nie jest nagrodą za dobre życie. Radość jest potrzebą. Taką samą jak oddech, spokój, poczucie bezpieczeństwa. Bez niej człowiek zaczyna gasnąć, nawet jeśli z zewnątrz „wszystko jakoś się trzyma”. Choroba bardzo szybko weryfikuje pojęcie radości. Zabiera to, co było oczywiste. Odbiera spontaniczność, lekkość, plany. I nagle okazuje się, że radość nie ma już wielkich rozmiarów. Nie jest podróżą, imprezą, listą marzeń do odhaczenia. Radość kurczy się do drobiazgów. Do momentów. Do chwil, które trzeba nauczyć się zauważać. Dla mnie radością bywa dzień z mniejszym bólem. Zwykła rozmowa, która nie męczy. Śmiech mojego dziecka. Ciepłe światło za oknem. Poczucie, że choć na moment nie muszę walczyć. To nie są rzeczy, które kiedyś uznałabym za ...

Chciałam tylko wrócić do pracy

Nie miałam wielkich marzeń. Nie planowałam podboju świata. Chciałam tylko wrócić do pracy. Do mojego rytmu, do tego dźwięku budzika, którego kiedyś tak nie lubiłam, a dziś brakuje mi go jak dowodu na to, że znów mam swój cel. Chciałam znowu być potrzebna. Poczuć, że moja obecność robi różnicę. Mieć za co odpowiadać, do czego wracać i co zamykać kluczem po skończonej zmianie. Czas mija. Dni przechodzą w tygodnie, tygodnie w miesiące. A ciało wciąż stawia granice, jakby mówiło: „jeszcze nie teraz, jeszcze nie jesteś gotowa”. Tylko ile można czekać? Ile razy można wstawać rano z nadzieją, że dziś będzie ten dzień, a potem kończyć wieczór ze łzami w oczach, bo znów coś nie zadziałało tak, jak powinno? Patrzę na innych – wychodzą z domu, mają swoje obowiązki, zmęczenie po pracy, narzekają na poniedziałki… a ja tęsknię nawet za tym. Za zmęczeniem, które przychodzi po dobrze wykonanej pracy. Za ruchem, decyzjami, planowaniem, za tym uczuciem, że gdzieś jestem częścią czegoś większego niż włas...

Choroby reumatyczne – więcej niż ból stawów

Wielu ludzi, którzy nigdy nie doświadczyli przewlekłej choroby autoimmunologicznej, myśli o reumatyzmie jak o „bólach stawów”. Tylko tyle. A przecież choroby reumatyczne to coś znacznie bardziej skomplikowanego i poważnego. Dla osoby zdrowej trudno wyobrazić sobie, jak bardzo te choroby mogą zmieniać codzienność. Ból stawów to tylko wierzchołek góry lodowej. Choroby te atakują czasem nie tylko stawy, ale także mięśnie, twarz, oczy, nerki, serce, płuca, jamę ustną, skórę. Mogą powodować zakrzepicę, niedokrwistość, a nawet udary. Do tego dochodzi przewlekłe osłabienie, zmęczenie, problemy ze snem i depresja. Każdy dzień wymaga ogromnej uważności wobec własnego ciała i ciągłego planowania, bo nie wiadomo, kiedy nastąpi kolejny atak. Często ludzie wokół mnie nie rozumieli, dlaczego czasem nie mogę wstać, wyjść, zrobić czegoś prostego. Nie widzieli, ile energii pochłania walka z przewlekłym bólem, z każdym porannym wstawaniem, z każdym ruchem, który dla zdrowej osoby jest zwyczajny. Choroby...

Niewidoczna niepełnosprawność

Chciałam dziś poruszyć temat, o którym mówi się zdecydowanie za rzadko. Temat, którego wielu ludzi po prostu nie rozumie, bo… go nie widać. W naszym społecznym wyobrażeniu niepełnosprawność ma bardzo konkretny obraz. Wózek inwalidzki. Kule do chodzenia. Opatrunki, gips, widoczne ograniczenia. Jeśli tego nie ma — wiele osób automatycznie zakłada, że człowiek jest zdrowy i w pełni sprawny. Tymczasem istnieje coś takiego jak niewidoczna niepełnosprawność. I jest ona znacznie częstsza, niż mogłoby się wydawać. To choroby przewlekłe, neurologiczne, autoimmunologiczne, bólowe. To schorzenia, które nie zawsze widać na pierwszy rzut oka, ale które potrafią każdego dnia odbierać człowiekowi siłę, energię i poczucie normalności. Czasem ktoś, kto wychodzi z domu, uśmiecha się, pracuje czy spotyka z ludźmi, musiał wcześniej połknąć garść tabletek przeciwbólowych, żeby w ogóle móc funkcjonować. Czasem ktoś, kto stoi obok nas w kolejce, od kilku godzin zmaga się z bólem, zawrotami głowy, drętwieniem...

Czy naprawdę trzeba zachorować, by docenić życie?

Coraz częściej łapię się na tej myśli. Na tym pytaniu, które nie daje spokoju. Czy to nie smutne, że tak wielu ludzi musi najpierw zachorować, żeby zobaczyć, jak cudowne – i kruche – jest życie? Dopóki jesteśmy zdrowi, pędzimy. Odkładamy siebie na później. Czas, relacje, odpoczynek, uważność – wszystko jest „na kiedyś”. Żyjemy w przekonaniu, że jutro na pewno będzie. Że ciało wytrzyma. Że zdrowie jest czymś oczywistym, danym raz na zawsze. A potem przychodzi choroba. Czasem po cichu. Czasem brutalnie. I w jednej chwili przewraca cały porządek świata do góry nogami. Nagle to, co było najważniejsze, traci znaczenie. Praca, ambicje, plany na przyszłość. Liczy się jedno: wstać bez bólu. Przejść dzień. Złapać oddech. Zjeść spokojnie śniadanie. Przespać noc. Zaczynamy dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie widzieliśmy. Zapach poranka. Światło wpadające przez okno. Obecność drugiego człowieka. Zwykłe „jak się dziś czujesz?” staje się czymś więcej niż pytaniem. Choroba nie tylko zabiera. Ona...

Mam prawo do odpoczynku, nawet jeśli nic wielkiego dziś nie zrobiłam

To zdanie wciąż uczę się wypowiadać bez poczucia winy. I wciąż nie zawsze mi się to udaje. Bo w głowie często odzywa się ten sam głos: „Musisz być produktywna.” „Powinnaś zrobić więcej.” „Inni dają radę, a Ty znowu leżysz.” A ja czasem sama nie rozumiem, skąd to zmęczenie. Przecież nie dźwigałam, nie biegałam, nie zdobywałam świata. A jednak w ciągu dnia przychodzi moment, kiedy ciało mówi jasno: teraz trzeba się położyć. Teraz trzeba zasnąć. Teraz dalej się nie da. I wtedy zaczyna się wewnętrzna walka. Między tym, co „powinnam”, a tym, czego naprawdę potrzebuję. Choroba ma swoje prawa. Leki mają swoje skutki uboczne. Organizm pracuje na innych obrotach, nawet jeśli z zewnątrz nic wielkiego się nie wydarzyło. Odpoczynek w moim życiu nie jest nagrodą za wykonane zadania. Jest koniecznością. Jest leczeniem. Jest próbą utrzymania równowagi w świecie, który dawno przestał być prosty. Czasem boli mnie to, że muszę się na nowo uczyć zgody na bezruch. Że muszę tłumaczyć – innym, ale przede ws...