Dzieciństwo jest dobre dlatego, że każdy dzień zaczyna życie na nowo, bez ciężaru dnia wczorajszego. Czasem wracam do tego zdania w myślach i zastanawiam się, kiedy dokładnie zatraciliśmy tę niezwykłą umiejętność — tę lekkość, która pozwalała nam budzić się rano bez balastu, bez lęków, bez katalogu spraw do udźwignięcia. Dziecko nie analizuje, nie przewiduje, nie rozlicza siebie z błędów. Ono po prostu jest. Z ciekawością, z zachwytem, z otwartością na każdy nowy dzień. I czasem tak bardzo tęsknię za tamtą wersją siebie — tą, która nie znała bólu ani choroby, która nie zastanawiała się, czy jutro będzie lepiej, czy gorzej. Za tą, która ufała światu bezwarunkowo. Dorosłość niesie ze sobą cały ciężar doświadczeń. Zapisane w ciele lęki, w pamięci straty, w sercu niewyjaśnione pytania. A choroba tylko to pogłębia — nagle każdy dzień ma swoje „wczoraj”, które przeszkadza, ciąży i przypomina o tym, że życie potrafi być kruche. A jednak… Im dłużej idę swoją drogą, tym częściej widzę, że coś z...
Są zdania, które człowiek wypowiada szeptem, jakby jeszcze trochę liczył, że gdy powie je ciszej, to staną się mniej prawdziwe. Dla mnie takim zdaniem jest: „Jestem niespełna czterdziestoletnią rencistką.” Do dziś, kiedy je słyszę — a jeszcze bardziej, kiedy sama je wypowiadam — coś we mnie drga. Jakby to dotyczyło kogoś innego. Jakby to była historia obok, nie moja własna. Bo przecież nikt nie przygotowuje się na to, że w takim wieku będzie mieć „rentę”, zamiast „etat”, „leczenie”, zamiast „plany”, „wizyty u specjalistów”, zamiast „terminów w kalendarzu”. Dziwi to ludzi. Widzę to w ich oczach. Ale prawda jest taka, że mnie samą dziwi jeszcze bardziej. Czasem mam wrażenie, że moje życie zostało gwałtownie przecięte na dwie części: tę sprzed choroby — pełną obowiązków, pracy, aktywności, i tę po chorobie — pełną niepewności, ograniczeń i słowa, które wciąż nie chce się dobrze ułożyć w ustach: renta. To brzmi tak obco, tak paradoksalnie, tak… niesprawiedliwie. Bo przecież ja mam dopiero ...