Długo myślałam, czym tak naprawdę jest siła. Nie ta z poradników, nie ta z motywacyjnych haseł, nie ta, którą tak łatwo przypisuje się ludziom „dzielnym” i „radzącym sobie”. Tylko ta prawdziwa, codzienna, cicha. I doszłam do wniosku, że siła w gruncie rzeczy jest synonimem wiary. Nie wiary w cuda, które wydarzą się jutro. Nie wiary w to, że nagle wszystko się ułoży. Ale wiary w to, że mimo wszystko warto wstać. Warto oddychać. Warto jeszcze spróbować przeżyć ten dzień. Bo kiedy choroba zabiera pewność jutra, kiedy odbiera sprawczość, plany, marzenia, wtedy siła nie polega na uśmiechu ani na udawaniu, że „jest okej”. Siła polega na tym, że nie pozwalamy całkiem umrzeć nadziei. Nawet jeśli jest maleńka. Nawet jeśli ledwo się tli. Prawdziwa odwaga nie krzyczy. Ona karmi nadzieję po cichu. Drobnostkami. Jedną dobrą myślą. Jednym spokojniejszym oddechem. Jednym „jeszcze dziś spróbuję”. Są dni, kiedy wiara ma postać łez. Są dni, kiedy wygląda jak bezsilność. Są też takie, kiedy jedynym aktem...
Są momenty w życiu, w których porządek świata rozpada się w jednej chwili. Nie powoli. Nie etapami. Natychmiast. Tak właśnie zaczyna się choroba. I nagle wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Sprawy, które jeszcze wczoraj wydawały się ważne. Plany, ambicje, drobne konflikty, codzienne gonitwy. To, co „trzeba było zrobić”, „wypadało”, „należało”. Wszystko traci ostrość. Jakby ktoś ściszył dźwięk życia i zostawił tylko jedno pytanie: czy ja dam radę? Choroba brutalnie uczy, jak kruche jest to, co mamy. Zdrowie, sprawność, niezależność – rzeczy tak oczywiste, że zauważamy je dopiero wtedy, gdy zaczynają znikać. I nagle okazuje się, że naprawdę niewiele trzeba, żeby stracić całe dotychczasowe „normalne życie”. Jedno badanie. Jedna diagnoza. Jedno zdanie wypowiedziane przez lekarza. Od tej chwili zmienia się perspektywa. Liczy się dzień bez bólu. Noc, w której da się zasnąć. Poranek, w którym można wstać samodzielnie. Reszta… reszta schodzi na dalszy plan, choć jeszcze niedawno była centr...