Są momenty w życiu, kiedy kończą się rady. Kiedy nie pomagają dobre słowa, motywacyjne cytaty ani zapewnienia, że „będzie dobrze”. Bo nie zawsze jest dobrze. I nie zawsze musi tak być. Czasem dochodzimy do miejsca, w którym nie mamy już siły walczyć. Nie mamy energii tłumaczyć, udowadniać, przekonywać siebie i innych, że jeszcze damy radę. Czasem po prostu stoimy w miejscu — zmęczeni, obolali, cisi. I wtedy okazuje się, że jedyne, co naprawdę możemy zrobić, to iść dalej. Nie szybciej. Nie lepiej. Nie z uśmiechem na twarzy. Po prostu dalej. Dzień po dniu. Krok po kroku. Czasem na autopilocie. Czasem bez planu. Czasem bez nadziei, ale z jakimś cichym przekonaniem, że zatrzymanie się całkiem byłoby jeszcze trudniejsze. „Iść dalej” nie zawsze oznacza rozwój, sukces czy zmianę na lepsze. Czasem oznacza tylko wstanie z łóżka. Zrobienie herbaty. Przetrwanie kolejnego dnia. Nie poddanie się myślom, które próbują odebrać resztki sił. To nie jest słabość. To nie jest rezygnacja. To jest forma od...
Każdy z nas nosi w sobie miejsca szczególne. Takie, które dają wytchnienie, radość, poczucie normalności albo wolności. Ja też je mam. Ale obok nich istnieje jeszcze inna mapa. Mapa miejsc, których nie odwiedzam. Moich miejsc nieobecnych. To przestrzenie, które dla większości ludzi są czymś zupełnie zwyczajnym. Naturalnym elementem dnia, decyzją podejmowaną bez planu i zastanowienia. Dla mnie są gdzieś obok. Blisko, a jednak nieosiągalnie daleko. Kino – zapach popcornu, przygaszone światła, dwie godziny zapomnienia w miękkim fotelu. Koncert – dźwięk muzyki na żywo, ludzie stłoczeni pod sceną, wspólne przeżywanie chwili. Kawa w mieście – spontaniczna, bez planu, wypita „tu i teraz”, bo tak podpowiada nastrój. Parki rozrywki, aquaparki – śmiech, ruch, adrenalina, beztroska. Góry – długie szlaki, cisza, zmęczenie, które daje satysfakcję, widok na szczycie. Podróże – nawet te krótkie, kilka godzin drogi, po prostu ruszyć przed siebie. One wszystkie istnieją. Tylko jakby nie dla mnie. Widzę...