Przejdź do głównej zawartości

Posty

Rok „Siły codzienności”

Minął właśnie rok. Rok od momentu, kiedy powstała „Siła codzienności”. Nie wiedziałam wtedy, dokąd mnie to zaprowadzi. Nie wiedziałam, czy ktokolwiek będzie chciał czytać moje słowa, czy ktoś odnajdzie w nich cząstkę siebie. To miało być trochę dla mnie… trochę, żeby poukładać myśli, wyrzucić z siebie to, co najtrudniejsze. A stało się czymś o wiele większym. Dzięki Wam. Dzięki Waszym historiom, które często były równie trudne, a czasem jeszcze trudniejsze niż moje. Dzięki Waszym wiadomościom, komentarzom, dobrym słowom — tym wszystkim małym gestom, które dla kogoś z zewnątrz mogą wydawać się drobiazgiem, a dla mnie były czymś, co trzymało mnie na powierzchni. To właśnie dzięki Wam udało mi się przetrwać najgorszy moment mojej choroby. Największe uderzenie depresji. Załamanie, które wydawało się nie do przejścia. I ten najtrudniejszy etap — brak pogodzenia się ze swoją niepełnosprawnością. Byliście wtedy. Czytaliście. Pisaliście. Czasem po prostu byliście w ciszy — ale nawet to miało o...
Najnowsze posty

Dni bez munduru

Są takie dni, kiedy patrzę na swoją szafę i brakuje mi jednego widoku — munduru. Nie dlatego, że był wygodny. Nie dlatego, że zawsze było lekko, spokojnie i bezstresowo. Brakuje mi go, bo był częścią mnie. Częścią mojego życia, rytmu, tożsamości. Częścią, która mówiła mi każdego dnia: „jesteś potrzebna”. Dziś mam dni bez munduru. I one wcale nie są łatwe. Czasem łapię się na tym, że tęsknię nawet za tym, co kiedyś mnie męczyło — za pośpiechem, za odpowiedzialnością, za tym charakterystycznym napięciem, kiedy wszystko musiało działać jak w zegarku. Za poczuciem, że to, co robię, naprawdę ma znaczenie. Ale najbardziej… brakuje mi ludzi. Tych codziennych rozmów, drobnych żartów, wsparcia, które pojawiało się bez słów. Brakuje mi współpracowników, którzy stali się kimś więcej niż tylko „ludźmi z pracy”. Stali się częścią mojego świata. Dni bez munduru uczą mnie jednego: życie potrafi się przewrócić w sekundę. I kiedy jedna droga nagle się kończy — nawet jeśli kończy się wbrew naszej woli —...

Kiedy ciało nie nadąża za marzeniami

Są takie dni, w których głowa pędzi w jedną stronę, a ciało zostaje daleko z tyłu — jakby ktoś nagle odciął część mnie od reszty świata. I w tym właśnie rozdźwięku, w tej bolesnej przestrzeni pomiędzy „chcę” a „mogę”, rodzi się najtrudniejsza lekcja choroby. Bo ja naprawdę wciąż mam marzenia. Może nie takie wielkie jak kiedyś, może bardziej przyziemne, bardziej ciche — ale są. Chciałabym robić więcej, chodzić dalej, żyć szybciej, angażować się mocniej. Chciałabym znów mieć dni, w których nie myślę o bólu, zmęczeniu, ograniczeniach. Dni, w których ciało po prostu działa, zamiast stale przypominać o tym, że jest chore, zasadnicze, nieprzewidywalne. Ale choroba ma inny rytm. Inny kalendarz. Inne tempo. I często to właśnie ona decyduje, gdzie kończy się mój zapał, a zaczyna granica, której przekroczyć już nie mogę. To jest chyba najtrudniejsze — zaakceptować, że ciało, które kiedyś było oczywistością, teraz stało się delikatnym mechanizmem, który łatwo przeciążyć, złamać, nadwyrężyć. Bywa,...

Dzieciństwo zaczyna życie na nowo

Dzieciństwo jest dobre dlatego, że każdy dzień zaczyna życie na nowo, bez ciężaru dnia wczorajszego. Czasem wracam do tego zdania w myślach i zastanawiam się, kiedy dokładnie zatraciliśmy tę niezwykłą umiejętność — tę lekkość, która pozwalała nam budzić się rano bez balastu, bez lęków, bez katalogu spraw do udźwignięcia. Dziecko nie analizuje, nie przewiduje, nie rozlicza siebie z błędów. Ono po prostu jest. Z ciekawością, z zachwytem, z otwartością na każdy nowy dzień. I czasem tak bardzo tęsknię za tamtą wersją siebie — tą, która nie znała bólu ani choroby, która nie zastanawiała się, czy jutro będzie lepiej, czy gorzej. Za tą, która ufała światu bezwarunkowo. Dorosłość niesie ze sobą cały ciężar doświadczeń. Zapisane w ciele lęki, w pamięci straty, w sercu niewyjaśnione pytania. A choroba tylko to pogłębia — nagle każdy dzień ma swoje „wczoraj”, które przeszkadza, ciąży i przypomina o tym, że życie potrafi być kruche. A jednak… Im dłużej idę swoją drogą, tym częściej widzę, że coś z...

Nowa etykieta, której jeszcze nie umiem unieść

Są zdania, które człowiek wypowiada szeptem, jakby jeszcze trochę liczył, że gdy powie je ciszej, to staną się mniej prawdziwe. Dla mnie takim zdaniem jest: „Jestem niespełna czterdziestoletnią rencistką.” Do dziś, kiedy je słyszę — a jeszcze bardziej, kiedy sama je wypowiadam — coś we mnie drga. Jakby to dotyczyło kogoś innego. Jakby to była historia obok, nie moja własna. Bo przecież nikt nie przygotowuje się na to, że w takim wieku będzie mieć „rentę”, zamiast „etat”, „leczenie”, zamiast „plany”, „wizyty u specjalistów”, zamiast „terminów w kalendarzu”. Dziwi to ludzi. Widzę to w ich oczach. Ale prawda jest taka, że mnie samą dziwi jeszcze bardziej. Czasem mam wrażenie, że moje życie zostało gwałtownie przecięte na dwie części: tę sprzed choroby — pełną obowiązków, pracy, aktywności, i tę po chorobie — pełną niepewności, ograniczeń i słowa, które wciąż nie chce się dobrze ułożyć w ustach: renta. To brzmi tak obco, tak paradoksalnie, tak… niesprawiedliwie. Bo przecież ja mam dopiero ...

Maski, które nosimy, choć nikt ich nie widzi

Gombrowicz w Ferdydurke pisał o formie — o tym, że każdy z nas nieustannie w coś się „lepi”, w coś dopasowuje, w coś wciska. Że świat oczekuje, byśmy przybierali określone twarze, zachowywali się według znanych schematów, a my — chcąc czy nie chcąc — zakładamy maski, żeby w tym świecie jakoś przetrwać. I myślę, że mało kto rozumie tę „formę” tak dobrze, jak człowiek przewlekle chory. Codziennie rano zakładam swoją maskę. Nie z pudru, nie z makijażu, nie z uśmiechu odbitego w lustrze. To maska głębsza, bardziej wymagająca. Masa nakładana na twarz, ale i na serce. Maska wesołej rencistki, która przecież sobie radzi. Maska zdrowej, choć ciało boli od przebudzenia. Maska pogodzonej z losem, choć pod tą warstwą nadal toczy się cicha wojna. Gdy wychodzę do ludzi, gdy piszę, gdy rozmawiam — gdzieś obok mnie stoi ta forma, którą świat chce widzieć. Forma, którą sama tworzę, by nie być „tą chorą”, „tą biedną”, „tą, co ciągle cierpi”. A prawda jest taka, że czasem… jestem po prostu zmęczona włas...

Dwa lata, których nie potrafię unieść

Są takie daty, do których człowiek nie chce wracać. Takie okresy, o których chciałby po prostu zapomnieć — wymazać je z pamięci, zmyć z siebie jak ciężki, gęsty kurz. A jednak one wracają… szczególnie wtedy, gdy zbliża się kolejna rocznica tego, co zabrało mi dawną siebie. Za chwilę miną dwa lata. Dwa lata życia w bólu, który nie odpuszczał ani na chwilę. Dwa lata budzenia się z myślą, że dziś znowu muszę jakoś przetrwać. Dwa lata, w których moje ciało krzyczało głośniej niż ja sama. To były najgorsze dwa lata mojego życia. Dwa lata coraz mocniejszych tabletek przeciwbólowych, które miały przynieść ulgę — a wnosiły tylko nowe skutki uboczne i jeszcze większy lęk. Dwa lata, w których każdy dzień zamiast cieszyć, przypominał o ograniczeniach. Dwa lata, w których coraz częściej płakałam z bezsilności, ze złości i z żalu do siebie samej. Czasem krzyczałam w poduszkę. Czasem nie miałam już siły krzyczeć. Czasem nienawidziłam swojego ciała tak bardzo, że trudno było mi na nie patrzeć bez ból...