Są takie straty, których nie da się zmierzyć ani policzyć.
Nie widać ich na zdjęciach.
Nie zapisują się w wynikach badań.
Nie pokazują ich żadne rezonanse ani tomografy.
A jednak bolą.
Czasem nawet bardziej niż sama choroba.
Bo choroba nie zabrała mi tylko zdrowia.
Zabrała mi też część codzienności.
Takiej zwyczajnej, rodzinnej, która kiedyś wydawała się czymś oczywistym.
Są miejsca, do których nie mogę pojechać.
Są aktywności, których nie mogę wykonywać.
Są wyjazdy, spacery, atrakcje i chwile, w których chciałabym uczestniczyć razem z moim dzieckiem, a wiem, że nie dam rady.
I właśnie to boli mnie najbardziej.
Nie to, że ja czegoś nie przeżyję.
Ale że nie przeżyję tego razem z nim.
Czasem słucham opowieści o czyichś rodzinnych wycieczkach, wspólnych przygodach, spontanicznych wyjazdach i czuję ukłucie żalu. Nie dlatego, że komuś zazdroszczę. Po prostu wiem, jak wiele rzeczy ominęło i jeszcze ominie mnie przez chorobę.
Są chwile, kiedy bardzo chciałabym powiedzieć: "Jedziemy!"
Bez zastanawiania się, czy dam radę siedzieć tyle godzin.
Czy ból pozwoli.
Czy następnego dnia nie będę płaciła za to kilkoma dniami cierpienia.
Chciałabym czasem zapomnieć o ograniczeniach.
Ale one nie zapominają o mnie.
Dlatego coraz częściej uczę się czegoś bardzo trudnego.
Akceptacji.
Nie takiej, która oznacza zgodę i radość z sytuacji.
Bo nie jestem szczęśliwa z powodu swoich ograniczeń.
To raczej spokojne przyjęcie faktu, że moje życie wygląda dziś inaczej, niż planowałam.
Że są rzeczy, których prawdopodobnie nie będę mogła robić jeszcze bardzo długo.
A może nigdy.
To słowo "nigdy" wciąż mnie boli.
Ale powoli uczę się żyć obok niego.
Uczę się dostrzegać, że choć nie mogę być wszędzie, to nadal mogę być obecna.
Może nie przebiegnę z moim dzieckiem kilku kilometrów.
Może nie pojadę na wszystkie wycieczki.
Może nie będę uczestniczyć we wszystkim, o czym kiedyś marzyłam.
Ale nadal mogę słuchać jego opowieści.
Cieszyć się jego sukcesami.
Śmiać się razem z nim.
Przytulić go, kiedy będzie tego potrzebował.
I choć czasem serce pęka mi na myśl o tym wszystkim, co mnie omija, staram się pamiętać o jednym:
Miłość nie mierzy się kilometrami przebytych szlaków, liczbą wyjazdów ani ilością wspólnych atrakcji.
Czasem największą miłością jest po prostu bycie obok.
Nawet wtedy, gdy życie nie pozwala nam uczestniczyć we wszystkim, w czym bardzo chcielibyśmy być.
Komentarze
Prześlij komentarz