Jest jedna rzecz, której — wiem to już dziś — nie zapomnę do końca życia.
Może miną kolejne miesiące, kolejne lata, może będę dalej brała leki, pracowała nad sobą, uczyła się spokoju… ale ten jeden obraz wraca do mnie z taką siłą, jakby wydarzył się wczoraj.
Budzenie się po operacji.
Otwieranie oczu w szpitalnej sali.
I ta jedna, przerażająca sekunda, w której próbuję poruszyć nogą… i nic.
Martwa cisza w ciele.
Pustka zamiast ruchu.
Chłód strachu, który nie mieści się w żadnej definicji.
To wraca do mnie noc w noc, choć świat na zewnątrz śpi.
Mimo leków przeciwdepresyjnych.
Mimo tabletek nasennych.
Mimo że tak bardzo chcę o tym zapomnieć.
Śpię, a jednak budzę się w nerwach.
Budzi mnie ten sam moment — ten pierwszy oddech po operacji, ta pierwsza próba poruszenia nogą, ta pierwsza myśl:
„Nie czuję jej. Co teraz?”
Co najgorsze… finał tego snu zawsze jest inny.
Czasem kończy się dobrze, czasem tragicznie.
Ale początek jest zawsze taki sam. Zawsze.
Jakby mój umysł zapisał ten obraz najgłębiej, jak się da. Jakby ciało pamiętało strach, którego nie da się z siebie wypłukać.
Może dla kogoś z boku to dziwne.
Może ktoś powie: „Przecież tyle czasu minęło”.
Ale trauma nie zna kalendarza. Ona nie liczy miesięcy.
Ona po prostu wraca — wtedy, kiedy chce, jak chce, w jakiej formie chce.
I chyba najbardziej boję się tego, że… to może nigdy całkowicie nie minąć.
Że ten jeden moment będzie już na zawsze częścią mnie.
Uczę się z tym żyć.
Uczę się akceptować, że mój sen bywa głośniejszy niż rzeczywistość.
Uczę się przyjmować to, że ciało pamięta więcej, niż rozum potrafi unieść.
Ale jedno wiem na pewno:
Są rzeczy, które zostają z nami na zawsze.
I ten moment — ten jeden obraz — jest jedną z nich.
Komentarze
Prześlij komentarz