Przejdź do głównej zawartości

Nie jestem już tą samą osobą. I wcale nie chcę wracać

Zmieniłam się.
Naprawdę.
I to nie jest tylko kwestia czasu, przeżyć, doświadczeń.
To nie jest „dojrzałość” czy „życiowa mądrość”.

To też — ale nie tylko.

To przede wszystkim spokój, który przyszedł nie sam.
Przyszedł dzięki tabletkom, które przepisał lekarz.
Nie wstydzę się tego.
Nie ukrywam tego.
Bo prawda jest taka, że uratowały mnie.
Uratowały mnie ode mnie samej. Od głupich myśli i rozważań, które mogły doprowadzić do tragedii.

Nie jestem już tą samą osobą.
Kiedyś byłam ciągle na krawędzi.
Wybuchałam, płakałam, czepiałam się o bzdury.
Nosiłam w sobie napięcie, którego nie umiałam rozładować inaczej niż złością.
Nerwy były we mnie jak sprężyna, gotowa do odbicia przy najdrobniejszym dotyku.

Teraz jestem spokojniejsza.
Nie taka zupełnie „inna”.
Po prostu... złagodniałam.
Jest we mnie więcej wyrozumiałości.
Więcej ciszy.
Mniej potrzeby, żeby wygrywać każdą emocjonalną wojnę.

Nie twierdzę, że wszystko jest idealnie.
Noce wciąż są trudne.
Myśli nie zasypiają wtedy, kiedy ja próbuję.
Czasem wracają pytania, lęki, czarne scenariusze czy nawet łzy.
Ale dzień… dzień jest spokojniejszy.
Jest bardziej mój.
Nie taki rozedrgany. Nie pełen łez gdy jestem sama i krzyków czy pretensji do domowników.
Tylko cichy. Ułożony. Ciepły.

I choć wiem, że ta zmiana w dużej mierze przyszła dzięki farmakologii —
to też wiem, że to nie oznacza, że ona nie jest moją zmianą.
Bo ja się tej pomocy nie bałam.
Bo ja ją przyjęłam, wtedy gdy naprawdę było bardzo źle. Gdy już byłam na tym końcu, z którego czasem się nie wraca...
Bo ja na tę zmianę pracuję każdego dnia.

Mam nadzieję, że kiedyś, gdy już nie będę brać tych leków,
zostanę taka, jaka jestem teraz.
Z tą wersją mnie, którą naprawdę lubię.
Z tą spokojniejszą, łagodniejszą, czującą, że nie musi już walczyć ze wszystkim i wszystkimi — nawet z samą sobą.

Nie chcę wracać do tej starej siebie.
I nie muszę.
Nie jestem już tą samą osobą.
I to jedna z najpiękniejszych zmian, jaka mi się przydarzyła.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tęsknota za codziennością, która dawała siłę

 Są tacy, którzy mówią: „Nie lubię swojej pracy, robię to tylko dla pieniędzy”. Ja zawsze miałam inaczej. Praca była dla mnie czymś więcej – nie tylko obowiązkiem, ale miejscem, gdzie czułam się potrzebna, skupiona, żywa. Była moją odskocznią od domowych problemów, codziennych trosk i niepokoju. Gdy przekraczałam próg, wszystko zostawało za drzwiami – nie było już miejsca na zamartwianie się, na rozkładanie życia na czynniki pierwsze. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Praca wymagała ode mnie pełnej koncentracji, zaangażowania i odpowiedzialności. I dawała mi za to coś bardzo cennego – poczucie sensu, rytm, strukturę dnia. Od dłuższego czasu nie mogę jednak do niej wrócić. Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Ciało przestało współpracować, a ja musiałam się zatrzymać. I choć minęło już sporo czasu, tęsknota nie mija. Brakuje mi tej codziennej rutyny, porannych przygotowań, znajomych twarzy, odpowiedzialności – wszystkiego, co tworzyło moją „pracową rzeczywistość”. Bardzo ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...