Przejdź do głównej zawartości

Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo ale ja i tak liczyłam, że będzie

Nie wiem, skąd to przekonanie, że wszystko jakoś się ułoży. Że życie, mimo zakrętów, będzie miało w sobie więcej lekkości niż ciężaru. Że jeśli staram się być dobrą osobą, jeśli jestem lojalna wobec innych, jeśli nie proszę zbyt często – to wszechświat mi to odda.
Nie oddał.
A przynajmniej nie w taki sposób, w jaki sobie to wyobrażałam.

Były momenty, w których wszystko się sypało. Ciało przestawało współpracować. Głowa nie nadążała za rzeczywistością. Serce pękało – nie raz, nie dwa. I wtedy zadawałam sobie pytanie, którego podobno nie powinno się zadawać:
„Dlaczego ja?”

Ale kto powiedział, że będzie sprawiedliwie? Kto obiecał, że każdy dostanie równo? Że jak się wystarczająco mocno postarasz, to wszystko będzie dobrze?
Nikt.
I mimo to – ja wierzyłam. Naiwnie, z całych sił. I czasem jeszcze nadal wierzę.

Rozczarowanie boli. Ale nie zabija.

Z czasem nauczyłam się, że rozczarowanie nie oznacza porażki. To tylko zderzenie się z rzeczywistością, która nie pasuje do naszych oczekiwań. A ja tych oczekiwań miałam sporo – względem siebie, względem życia, względem ludzi.
Uczyłam się je odpuszczać – jedne z bólem, inne z ulgą.

Przestałam wierzyć, że muszę wszystko robić sama. Że muszę być silna, uśmiechnięta, gotowa do działania.
Zamiast tego zaczęłam mówić: „Nie daję rady. Pomóż mi.”
I to była jedna z najbardziej odważnych rzeczy, jakie zrobiłam.

Nadzieja. Tylko trochę inna niż kiedyś.

Dziś nie czekam już na spektakularne zwroty akcji. Nie liczę na nagłą poprawę, cud, który zresetuje wszystko, co trudne.
Moja nadzieja stała się bardziej codzienna. Mniej filmowa, bardziej ziemska.

Wierzę, że dam radę wstać jutro rano bez większego bólu.
Wierzę, że będę miała siłę zrobić coś drobnego – ugotować, pospacerować, napisać.
Wierzę, że przyjdzie taki dzień, w którym znowu pojedziemy gdzieś dalej, nie zważając na ograniczenia.
I wierzę, że choć dzisiaj nie mam wszystkiego, czego bym chciała – mam wystarczająco dużo, by poczuć wdzięczność.

Na własnych zasadach

Nie wygram w grze, której nie da się wygrać. Ale mogę stworzyć własne zasady.

Zamiast ścigać się z czasem – będę w nim trwać.
Zamiast udawać, że wszystko jest dobrze – dam sobie prawo do słabości.
Zamiast gonić za życiem idealnym – będę żyć takim, jakie mam. Pełnym przerw, ciszy, czasem smutku… i jednocześnie niespodziewanych przebłysków szczęścia.

Bo ono czasem przychodzi nie wtedy, kiedy go wyczekuję, ale wtedy, gdy po prostu jestem gotowa je zauważyć.


---

A Ty? Na co dziś liczysz? I co daje Ci nadzieję – Twoją własną, prywatną, nieidealną, ale prawdziwą?
Napisz. Może nie tylko ja tego potrzebuję przeczytać.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tęsknota za codziennością, która dawała siłę

 Są tacy, którzy mówią: „Nie lubię swojej pracy, robię to tylko dla pieniędzy”. Ja zawsze miałam inaczej. Praca była dla mnie czymś więcej – nie tylko obowiązkiem, ale miejscem, gdzie czułam się potrzebna, skupiona, żywa. Była moją odskocznią od domowych problemów, codziennych trosk i niepokoju. Gdy przekraczałam próg, wszystko zostawało za drzwiami – nie było już miejsca na zamartwianie się, na rozkładanie życia na czynniki pierwsze. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Praca wymagała ode mnie pełnej koncentracji, zaangażowania i odpowiedzialności. I dawała mi za to coś bardzo cennego – poczucie sensu, rytm, strukturę dnia. Od dłuższego czasu nie mogę jednak do niej wrócić. Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Ciało przestało współpracować, a ja musiałam się zatrzymać. I choć minęło już sporo czasu, tęsknota nie mija. Brakuje mi tej codziennej rutyny, porannych przygotowań, znajomych twarzy, odpowiedzialności – wszystkiego, co tworzyło moją „pracową rzeczywistość”. Bardzo ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...