Przejdź do głównej zawartości

Coraz częściej nie mam już siły

Coraz częściej tracę wiarę.
Coraz częściej nie widzę sensu.
Coraz częściej myślę: „po co to wszystko?”

Nie chce mi się już ćwiczyć.
Nie chce mi się chodzić na spacery, które miały pomagać.
Nie chce mi się umawiać na kolejne wizyty lekarskie, z których nic nie wynika.
Nie chcę się już starać, bo ta walka nic nie daje.

Czasem sama się łapię na tym, że jestem już bardzo blisko…
Bardzo blisko poddania się.
Tak jakbym już nie miała siły próbować kolejny raz.
Bo ile można się podnosić, kiedy znowu i znowu upadasz?

Zawsze wcześniej jakoś się z tego dołka wygrzebywałam.
Lepiej, gorzej, czasem z pomocą, czasem po cichu i w samotności.
Ale jakoś było.

A teraz...
Teraz czuję, że to już nie działa.
Że nawet jeśli próbuję – to jakby na oparach, na pamięć.
Jakbym walczyła, chociaż już nie wiem o co.

I chyba właśnie to boli najbardziej – ta utrata sensu.
Nie złość. Nie bunt. Nawet nie smutek.
Tylko puste spojrzenie w sufit i ta myśl:
"To już nie ma znaczenia."

Piszę to, bo może ktoś, kto teraz też jest w tym stanie,
poczuje się choć trochę mniej samotny.
Może też nie daje już rady. Może też już nie widzi światła.
I może potrzebuje tylko wiedzieć, że ktoś jeszcze tak ma.

Nie mam dzisiaj zakończenia z puentą.
Nie mam zdania, które wszystko naprawi.
Mam tylko to jedno: jestem, mimo wszystko.
I jeśli Ty też jeszcze jesteś, to znaczy, że może to jednak coś znaczy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tęsknota za codziennością, która dawała siłę

 Są tacy, którzy mówią: „Nie lubię swojej pracy, robię to tylko dla pieniędzy”. Ja zawsze miałam inaczej. Praca była dla mnie czymś więcej – nie tylko obowiązkiem, ale miejscem, gdzie czułam się potrzebna, skupiona, żywa. Była moją odskocznią od domowych problemów, codziennych trosk i niepokoju. Gdy przekraczałam próg, wszystko zostawało za drzwiami – nie było już miejsca na zamartwianie się, na rozkładanie życia na czynniki pierwsze. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Praca wymagała ode mnie pełnej koncentracji, zaangażowania i odpowiedzialności. I dawała mi za to coś bardzo cennego – poczucie sensu, rytm, strukturę dnia. Od dłuższego czasu nie mogę jednak do niej wrócić. Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Ciało przestało współpracować, a ja musiałam się zatrzymać. I choć minęło już sporo czasu, tęsknota nie mija. Brakuje mi tej codziennej rutyny, porannych przygotowań, znajomych twarzy, odpowiedzialności – wszystkiego, co tworzyło moją „pracową rzeczywistość”. Bardzo ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...