Przejdź do głównej zawartości

Gdyby ból miał osobowość – mój byłby wredny, ale momentami śmieszny

Gdyby ból był człowiekiem, to nie byłby jak ten dramatyczny bohater filmowy, który płacze pod prysznicem i słucha melancholijnych ballad. O nie. Mój ból to typ, który nie zaprasza się do domu, a i tak przychodzi. W buciorach. I od razu rozsiada się na kanapie, łapie pilota i pyta z bezczelnym uśmiechem: „Co dzisiaj robimy? Bo ja to bym posiedział w odcinku lędźwiowym, a potem na chwilę skoczył do barku.”

To ten kumpel, co niby tylko na chwilę, a zostaje na noc. I jeszcze budzi Cię o 3 nad ranem, bo się nudzi. Czasem milczy przez kilka godzin, dając Ci złudną nadzieję, że wyjechał. A potem wraca z impetem – z walizką, głośnikiem i playlistą „Najgorsze momenty życia: edycja deluxe”.

Ale… żeby nie było tak całkiem źle – potrafi też być śmieszny. Naprawdę. Bo czasem nagle czuję go w takim miejscu, że aż się śmieję z własnego ciała: „Serio, boli mnie lewa brew? Naprawdę, ból? A to coś nowego.”
Albo kiedy próbuję się położyć wygodnie i wyglądam przy tym jak upadły baletmistrz w slow motion. Gdybym miała kamerę, te momenty zgarniałyby miliony wyświetleń.

I może właśnie o to chodzi. Żeby trochę się z nim pośmiać. Zrobić z bólu bohatera drugiego planu, a nie reżysera całego życia. On nie zniknie – przynajmniej nie od razu – ale może da się go oswoić. Nazwać go po imieniu. Powiedzieć: „Dobra, jesteś tu, ale ja i tak zrobię swoje. Trochę wolniej, trochę inaczej, ale zrobię.”

A na koniec dnia, jak ten nieproszony gość znowu rozłoży się na sofie, po prostu rzucam mu koc, gaszę światło i mówię:
„Tylko nie chrap.”

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tęsknota za codziennością, która dawała siłę

 Są tacy, którzy mówią: „Nie lubię swojej pracy, robię to tylko dla pieniędzy”. Ja zawsze miałam inaczej. Praca była dla mnie czymś więcej – nie tylko obowiązkiem, ale miejscem, gdzie czułam się potrzebna, skupiona, żywa. Była moją odskocznią od domowych problemów, codziennych trosk i niepokoju. Gdy przekraczałam próg, wszystko zostawało za drzwiami – nie było już miejsca na zamartwianie się, na rozkładanie życia na czynniki pierwsze. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Praca wymagała ode mnie pełnej koncentracji, zaangażowania i odpowiedzialności. I dawała mi za to coś bardzo cennego – poczucie sensu, rytm, strukturę dnia. Od dłuższego czasu nie mogę jednak do niej wrócić. Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Ciało przestało współpracować, a ja musiałam się zatrzymać. I choć minęło już sporo czasu, tęsknota nie mija. Brakuje mi tej codziennej rutyny, porannych przygotowań, znajomych twarzy, odpowiedzialności – wszystkiego, co tworzyło moją „pracową rzeczywistość”. Bardzo ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...