Przejdź do głównej zawartości

Czego nauczyłam się o cierpliwości, czekając na pizzę, rehabilitację i powrót do formy

Mam teorię, że cierpliwość można trenować na trzy sposoby:

1. Czekając na dostawę pizzy.


2. Czekając na lekarzy lub fizjoterapię z NFZ.


3. Czekając, aż znowu będziesz sobą.



Z tą różnicą, że pizza zwykle przyjeżdża. A reszta… no cóż.

Etap pierwszy: Pizza. Czyli "głodna ja to nie ja"

Zamawiam pizzę.
Mija 15 minut – cisza.
Mija 30 – zaczynam chodzić po domu jak tygrys po klatce.
Mija 40 – jestem gotowa napisać dramat w trzech aktach pt. „Głód i złość”.
Po 50 minutach pizza przyjeżdża. Oczywiście letnia.

I mimo wszystko – jem ją z zachwytem. Bo głód ma to do siebie, że uczy pokory.

Etap drugi: Rehabilitacja, wizyta u lekarza, badania. Czyli "musi pani poczekać na wolny termin"

To taki klasyk.
Dzwonisz, żeby się zapisać i słyszysz: „najbliższy termin za cztery miesiące”.
Cztery. Miesiące.

W tym czasie zdążysz nauczyć się nazw wszystkich mięśni, wypić hektolitry magnezu i rozwinąć niezdrową fascynację filmikami o mobilizacji miednicy na YouTubie.

I czekasz.
Ćwiczysz sama. Kombinujesz z lekami i suplementami.
Czytasz.
I myślisz, że jak już ten dzień przyjdzie – to będzie jak święto.
Ale wtedy okazuje się, że ten lekarz lub fizjoterapeuta… poszedł na urlop bądź L4.

Etap trzeci: Powrót do formy. Czyli "dlaczego to tak długo trwa?"

To najgorsze z czekania. Bo nie ma numerka w systemie ani przewidywanego czasu dostawy.

Nie wiesz, czy to potrwa tygodnie, miesiące, czy lata.
Nie masz pewności, czy wrócisz do „siebie sprzed”.
I nie możesz kliknąć „śledź przesyłkę”, żeby zobaczyć, na jakim jesteś etapie.

To czekanie na dzień bez bólu.
Na spacer bez drętwienia nóg.
Na moment, w którym znów poczujesz, że jesteś w swoim ciele – nie tylko z nim walczysz.

I co wtedy robisz?

Uczysz się.

Uczysz się, że nie wszystko można przyspieszyć.
Że niektóre rzeczy dojrzewają wolno, jak ciasto na pizzę.
Że dobre rzeczy wymagają czasu, a najtrudniejsze – Twojej obecności, nawet gdy boli.

Uczysz się siedzieć z niecierpliwością przy stole.
Oddychać, zamiast krzyczeć.
Robić swoje, mimo że efekty nie przychodzą od razu.
I nie złościć się, że dziś nie jest jeszcze „tym dniem”.

Morał? Oczywiście, że mam.

Cierpliwość nie polega na tym, że Cię wszystko już nie rusza.
Polega na tym, że mimo wszystko idziesz dalej.

Bo pizza kiedyś przyjedzie.
Rehabilitacja kiedyś ruszy.
A Ty – jeśli będziesz dawać sobie czas, troskę i trochę wyrozumiałości – też wrócisz. Może nie taka sama jak kiedyś. Może silniejsza.
Albo przynajmniej bardziej cierpliwa.


---

Dziękuję, że jesteś tutaj ze mną, nawet gdy piszę o pizzy i bólach krzyża w jednym zdaniu.
Za każde serce, komentarz i „czytam Cię zawsze” – to jak dostawa ciepłej pizzy prosto pod drzwi duszy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tęsknota za codziennością, która dawała siłę

 Są tacy, którzy mówią: „Nie lubię swojej pracy, robię to tylko dla pieniędzy”. Ja zawsze miałam inaczej. Praca była dla mnie czymś więcej – nie tylko obowiązkiem, ale miejscem, gdzie czułam się potrzebna, skupiona, żywa. Była moją odskocznią od domowych problemów, codziennych trosk i niepokoju. Gdy przekraczałam próg, wszystko zostawało za drzwiami – nie było już miejsca na zamartwianie się, na rozkładanie życia na czynniki pierwsze. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Praca wymagała ode mnie pełnej koncentracji, zaangażowania i odpowiedzialności. I dawała mi za to coś bardzo cennego – poczucie sensu, rytm, strukturę dnia. Od dłuższego czasu nie mogę jednak do niej wrócić. Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Ciało przestało współpracować, a ja musiałam się zatrzymać. I choć minęło już sporo czasu, tęsknota nie mija. Brakuje mi tej codziennej rutyny, porannych przygotowań, znajomych twarzy, odpowiedzialności – wszystkiego, co tworzyło moją „pracową rzeczywistość”. Bardzo ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...