Przejdź do głównej zawartości

Czy ktoś rzucił na nas urok?

Dawno mnie tutaj nie było.

I pewnie ktoś mógłby pomyśleć, że zabrakło mi tematów. Że nie miałam o czym pisać. Albo że życie tak mnie pochłonęło, że nie znalazłam czasu, żeby usiąść i napisać kolejnego wpisu.

Nic z tych rzeczy.

Tematów miałam aż za dużo. Czas też się znalazł. Nawet pomysłów w głowie było tyle, że spokojnie mogłabym zapełnić nimi kilka kolejnych wpisów.

Tylko zabrakło mi czegoś najważniejszego.

Siły.

Tej fizycznej, której czasami zwyczajnie nie mam. Ale też tej psychicznej. Bo są takie momenty, kiedy człowiek może mieć przed sobą pustą kartkę, komputer, kubek herbaty i kilka godzin wolnego czasu… a mimo wszystko nie jest w stanie napisać ani jednego zdania.

I właśnie taki czas miałam ostatnio.

A może nadal trochę mam.

Bo kiedy człowiek przez dłuższy czas mierzy się z jednym problemem, a potem dochodzi kolejny, później następny, a na końcu jeszcze jeden, zaczyna się zastanawiać, ile właściwie można jeszcze udźwignąć.

I znowu wraca do mnie myśl, którą już kiedyś miałam.

Czy ktoś naprawdę rzucił na nas jakiś urok?

Wiem, jak to brzmi.

Są ludzie, którzy wierzą w takie rzeczy. Są też tacy, którzy na samo słowo „urok” przewracają oczami i mówią, że to zabobony, głupie wymysły i szukanie nadprzyrodzonych wyjaśnień tam, gdzie ich nie ma.

Ja chyba jestem gdzieś pośrodku.

Niby nie wierzę.

Naprawdę.

Nie jestem osobą, która szuka czarnej magii za każdym rogiem.

Ale…

Kiedy przychodzi taki okres jak teraz, kiedy kolejny raz coś się dzieje, kolejny raz pojawia się problem ze zdrowiem, kolejny raz trzeba się martwić, jeździć po lekarzach, robić badania, czekać na wyniki i zastanawiać się, co będzie dalej…

to czasami zaczynam myśleć:

„A może jednak coś w tym jest?”

Bo ile można?

Ile różnych rzeczy może wydarzyć się jednej rodzinie?

Moja karta chorób współistniejących jest już chyba tak długa, że czasami, kiedy ktoś nagle pyta mnie o wszystkie moje dolegliwości, sama nie pamiętam, co właściwie powinnam wymienić.

Tyle tego jest.

Tyle nazw.

Tyle diagnoz.

Tyle rzeczy, które przez lata zdążyły się wydarzyć.

A mój tata?

Na nim to naprawdę mogliby się uczyć studenci medycyny.

Byłby przykładem tego, jak wiele może znieść człowiek. Przykładem wyjątku od reguły. Dowodem na to, że w medycynie chyba naprawdę nigdy nie można powiedzieć, że coś jest niemożliwe.

I właśnie dlatego czasami patrzę na swoją rodzinę i zastanawiam się, jak to wszystko jest w ogóle możliwe.

Dlaczego my?

Dlaczego jedni ludzie przechodzą przez życie spokojnie?

Dlaczego niektórzy przez całe życie ani razu nie trafiają do szpitala? Nie wiedzą, czym jest poważna choroba, miesiące leczenia, badania, konsultacje, oczekiwanie na wyniki.

Dlaczego niektórzy mogą planować swoje życie z wyprzedzeniem, nie zastanawiając się, czy za tydzień będą mieli siłę zrobić to, co zaplanowali?

Dlaczego jedni mogą po prostu żyć, a inni większość życia spędzają na walce o to, żeby móc żyć choć trochę normalnie?

A u mnie?

Czasami mam wrażenie, że w moim domu niedługo będzie można wymienić wszystkie możliwe kody ICD.

Tylko że za każdym takim kodem stoi przecież człowiek.

Czyjś ból.

Czyjś strach.

Czyjeś nieprzespane noce.

Czyjaś nadzieja, że tym razem będzie już lepiej.

I właśnie to boli najbardziej.

Bo choroba nie jest tylko wpisem w dokumentacji medycznej.

Ona wchodzi do domu razem z człowiekiem.

Siada przy stole.

Kładzie się obok w nocy.

Zmienia plany.

Odbiera spokój.

Zabiera kawałek normalności.

I czasami łapię się na tym, że mówię do psa:

„Za jakie grzechy ja tak muszę cierpieć?”

A potem patrzę na niego i sama nie wiem, co właściwie chciałabym usłyszeć.

Bo gdzie jest jakaś sprawiedliwość?

Dlaczego jedni mają całe życie pełne spokoju, a inni ciągle muszą coś znosić?

Dlaczego ktoś może latami nie wiedzieć nawet, jak wygląda szpital od środka, a dla kogoś innego szpital, lekarze i badania stają się częścią codzienności?

Nie potrafię tego zrozumieć.

I chyba nigdy nie będę potrafiła.

Może to genetyka.

Może przypadek.

Może środowisko.

Może po prostu życie czasami rozdaje karty w sposób, którego nie da się logicznie wyjaśnić.

A może człowiek potrzebuje jakiegoś powodu, kiedy tych trudnych rzeczy jest już zwyczajnie za dużo.

Bo trudno pogodzić się z myślą, że czasami nie ma odpowiedzi.

Że nie ma „dlaczego”.

Że nie ma momentu, w którym ktoś przyjdzie i powie:

„Już wystarczy. Teraz będzie dobrze.”

Najtrudniejsze jest chyba właśnie to ciągłe oczekiwanie.

Nie tylko na wyniki.

Nie tylko na wizyty.

Nie tylko na poprawę.

Ale na moment, w którym wreszcie będzie można odetchnąć i powiedzieć:

„Teraz już nic więcej.”

Tylko że ja coraz częściej boję się, że taki moment może nigdy nie nadejść.

Kiedy wydaje mi się, że lista problemów jest już wystarczająco długa, życie potrafi dopisać kolejny punkt.

I wtedy człowiek zaczyna bać się nie tylko tego, co już się wydarzyło.

Zaczyna bać się tego, co jeszcze może się wydarzyć.

A przecież ja naprawdę nie chcę już wiele.

Nie marzę o idealnym życiu.

Nie oczekuję, że nagle wszystko stanie się łatwe.

Chciałabym tylko trochę spokoju.

Kilka dni bez nowych problemów.

Kilka tygodni, w których nic nie trzeba będzie diagnozować, sprawdzać, leczyć ani naprawiać.

Chciałabym czasami obudzić się rano i pomyśleć tylko:

„Dzisiaj po prostu żyję.”

Bez zastanawiania się, co boli.

Bez myślenia o kolejnej wizycie.

Bez strachu przed kolejnym telefonem.

Bez pytania, co jeszcze może się wydarzyć.

Czy to naprawdę tak dużo?

Czasami myślę, że nie potrzebuję już żadnych wielkich cudów.

Potrzebuję zwyczajności.

Takiej zwyczajnej, nudnej codzienności, na którą kiedyś pewnie nawet nie zwracałam uwagi.

Chciałabym móc planować coś bez zastanawiania się, czy zdrowie pozwoli mi ten plan zrealizować.

Chciałabym mieć dzień, który nie będzie podporządkowany chorobie.

Chciałabym czasami zapomnieć, że jestem pacjentką.

Po prostu być żoną.

Mamą.

Córką.

Kobietą.

Człowiekiem.

Nie kolejną diagnozą.

Nie kolejnym przypadkiem.

Nie kolejnym numerem w kolejce do lekarza.

Nie wiem, dlaczego spotkało nas tyle chorób i nieszczęść.

Nie wiem, dlaczego właśnie moja rodzina musi przez tyle przechodzić.

Nie wiem, czy kiedykolwiek znajdę odpowiedź.

I chyba najbardziej boli mnie właśnie to, że nie mam na to żadnego wpływu.

Mogę się leczyć.

Mogę walczyć.

Mogę robić badania, chodzić do lekarzy, brać leki i każdego dnia próbować zrobić tyle, ile pozwala mi organizm.

Ale nie mogę powiedzieć życiu:

„Dobrze. Wystarczy. Teraz już daj nam trochę spokoju.”

A bardzo bym chciała.

Naprawdę.

Może więc ten cały „urok” nie istnieje.

Może to tylko przypadek.

Może zbieg okoliczności.

Może geny, środowisko i wszystko to, czego nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

Nie wiem.

Wiem natomiast, że jestem już bardzo zmęczona ciągłym pytaniem „dlaczego my?”

Zmęczona patrzeniem, jak kolejny raz zdrowie odbiera komuś z mojej rodziny kawałek normalnego życia.

Zmęczona tym, że kiedy zaczynam mieć nadzieję, pojawia się coś, co każe mi znowu się bać.

I jeśli rzeczywiście życie postanowiło wystawić nas na próbę jak Hioba…

to naprawdę bardzo chciałabym już usłyszeć:

„Próba zakończona.”

Bo nie wiem, ile jeszcze razy można zaczynać od nowa.

Ile jeszcze razy można zbierać się po kolejnych wiadomościach, diagnozach i nieszczęściach.

Ile jeszcze razy można mówić sobie: „dam radę”, kiedy w środku coraz bardziej brakuje siły.

Nie wiem, dlaczego właśnie nam życie odebrało tyle spokoju, zdrowia i zwyczajnej codzienności, dlaczego wciąż dokłada nam kolejne ciężary, kiedy już ledwo niesiemy te poprzednie. Wiem tylko, że jestem zmęczona ciągłym pytaniem „dlaczego my?” — i jeśli to naprawdę ma być jakaś próba, to błagam życie… wystarczy już, naprawdę wystarczy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Armia Aniołów

Ta choroba nauczyła mnie zrozumienia. Nie tylko bólu, który odbiera siły i zmienia codzienność, ale przede wszystkim zrozumienia drugiego człowieka. Zrozumienia, jak kruche potrafi być życie i jak wielką moc ma obecność kogoś, kto po prostu jest. Zrozumiałam, że wiele w naszym życiu zależy od ludzi, którymi się otaczamy. Od tego, czy w trudnej chwili ktoś poda rękę, napisze kilka ciepłych słów, czy po prostu zapyta: „Jak się czujesz?” — i naprawdę poczeka na odpowiedź. Zrozumiałam, że dobra energia, bliskość i szczerość potrafią uleczyć więcej niż niejeden lek. Że jedna rozmowa potrafi uciszyć ból, a jedno spojrzenie może dać siłę, której już w sobie nie widzieliśmy. Wielokrotnie przekonałam się, jak ważne są relacje — te prawdziwe, pielęgnowane, oparte na wzajemnym szacunku i trosce. Że czasem jedna osoba, pojawiając się niespodziewanie, potrafi zmienić całe nasze spojrzenie na świat. I że nie zawsze są to ci, których się spodziewaliśmy. Czasem to zupełnie inni ludzie — cisi, ale obec...

Koniec wakacji – radość i strach w jednym

Wakacje dobiegają końca. Dla wielu dzieci to czas ekscytacji, dla rodziców – często ulga, że wraca codzienna rutyna. A ja? Ja mam w sobie mieszankę dwóch skrajnych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że mój syn wraca do szkoły. Widzę, jak bardzo go to cieszy, jak odnajduje się w tym, co robi. To nie jest tylko obowiązek – to jego pasja. On naprawdę lubi się uczyć tego, co wybrał. I kiedy patrzę na niego, wiem, że jest we właściwym miejscu, że robi coś, co go napędza i daje mu radość. Ale z drugiej strony… jestem trochę przerażona. Bo kiedy on będzie w szkole, ja zostanę sama w domu. I choć zawsze jakoś sobie radzę, to brak jego obecności odczuję bardzo mocno. On jest dla mnie ogromnym wsparciem, taką moją opoką. Wiem, że mogę na niego liczyć w każdej chwili. Czasem odpowie „zaraz” albo „teraz mam ważne”, ale koniec końców zawsze robi to, o co go poproszę. Ciężko będzie mi się przyzwyczaić do tej ciszy, do tego, że nie ma go tu obok. Do tego, że nie mogę w każdej chwili poprosić o pomoc ...