Są momenty w życiu, w których porządek świata rozpada się w jednej chwili.
Nie powoli. Nie etapami.
Natychmiast.
Tak właśnie zaczyna się choroba. I nagle wszystko inne przestaje mieć znaczenie.
Sprawy, które jeszcze wczoraj wydawały się ważne. Plany, ambicje, drobne konflikty, codzienne gonitwy. To, co „trzeba było zrobić”, „wypadało”, „należało”. Wszystko traci ostrość. Jakby ktoś ściszył dźwięk życia i zostawił tylko jedno pytanie: czy ja dam radę?
Choroba brutalnie uczy, jak kruche jest to, co mamy. Zdrowie, sprawność, niezależność – rzeczy tak oczywiste, że zauważamy je dopiero wtedy, gdy zaczynają znikać. I nagle okazuje się, że naprawdę niewiele trzeba, żeby stracić całe dotychczasowe „normalne życie”.
Jedno badanie.
Jedna diagnoza.
Jedno zdanie wypowiedziane przez lekarza.
Od tej chwili zmienia się perspektywa. Liczy się dzień bez bólu. Noc, w której da się zasnąć. Poranek, w którym można wstać samodzielnie. Reszta… reszta schodzi na dalszy plan, choć jeszcze niedawno była centrum świata.
I wtedy człowiek zaczyna rozumieć rzeczy, których wcześniej nie chciał dostrzegać. Że nic nie jest dane raz na zawsze. Że stabilność to złudzenie. Że życie potrafi się rozsypać szybciej, niż zdążymy się przygotować.
Choroba nie pyta, czy jesteśmy gotowi.
Nie negocjuje.
Po prostu przychodzi i zabiera poczucie kontroli.
Ale razem z tym zabiera też iluzje. Uczy uważności. Pokazuje, co naprawdę jest ważne, a co było tylko hałasem. Zostawia człowieka twarzą w twarz z samym sobą – bez masek, bez pośpiechu, bez udawania.
I choć to bardzo bolesna lekcja, zmienia na zawsze.
Bo kiedy już zobaczy się, jak niewiele trzeba, by stracić wszystko, zaczyna się inaczej patrzeć na każdy kolejny dzień.
Z większą pokorą.
Z większą wdzięcznością.
I z cichą świadomością, że nic – absolutnie nic – nie jest oczywiste.
Komentarze
Prześlij komentarz