Każdy człowiek, którego mijamy na ulicy, w sklepie, w kolejce do lekarza czy nawet we własnym domu, toczy jakąś bitwę.
Bitwę, o której najczęściej nie mamy pojęcia.
Nie widzimy jej na pierwszy rzut oka.
Nie ma opatrunków, kul ani alarmujących znaków. Często jest przykryta uśmiechem, żartem, „wszystko w porządku”. A jednak trwa. Cicho. Codziennie.
Nauczyłam się tego szczególnie wtedy, gdy sama zaczęłam walczyć. Kiedy okazało się, że można funkcjonować, rozmawiać, odpowiadać na pytania, a jednocześnie w środku rozsypywać się po kawałku. Kiedy można wyglądać „normalnie”, a w głowie i w ciele toczyć najtrudniejszą walkę życia.
I wtedy zrozumiałam, jak bardzo znaczą drobne rzeczy.
Ciepłe słowo.
Zwykła uprzejmość.
Spokojny ton.
Brak oceniania.
Jedno zdanie wypowiedziane bez zastanowienia potrafi dobić bardziej niż choroba. Jedno niepotrzebne spojrzenie, przewrócone oczy, ironiczny komentarz – zostają w głowie na długo. Ale z drugiej strony… jedno dobre słowo potrafi dać siłę na cały dzień.
Życzliwość nie wymaga wielkich gestów. Nie wymaga znajomości cudzej historii. Wymaga tylko świadomości, że nie wiemy, co dźwiga drugi człowiek. I że nie musimy wiedzieć, żeby być po prostu ludzcy.
Może ktoś, komu dziś zabraknie cierpliwości, właśnie wraca z diagnozą.
Może ktoś, kto milczy, nie ma już siły tłumaczyć.
Może ktoś, kto się spóźnił, walczył rano z bólem, lękiem albo myślą, czy w ogóle da radę wstać z łóżka.
Każdy z nas niesie coś swojego.
Każdy coś ukrywa.
Każdy czegoś się boi.
Dlatego bądźmy życzliwi.
Nie od święta. Nie „jak się da”.
Zawsze.
Bo nigdy nie wiemy, czy dla kogoś ta zwykła życzliwość nie okaże się jedyną dobrą rzeczą, jaka spotka go tego dnia.
A czasem — jedyną, która pozwoli mu iść dalej.
Komentarze
Prześlij komentarz