Przejdź do głównej zawartości

Ciągle myśląc o tym, co było, stracisz z oczu to, co może być

Zdarza mi się wracać myślami do dawnego życia. Do tej wersji mnie, która nie planowała dnia pod kątem bólu, leków i granic własnego ciała. Do dni, w których przyszłość była oczywista, a nie podszyta znakiem zapytania. Te wspomnienia przychodzą same – nieproszone, czasem uparcie. I potrafią bardzo boleć.

Bo to, co było, wydaje się dziś takie kompletne. Sprawne. Normalne. Łatwo wtedy wpaść w pułapkę porównań: „kiedyś mogłam”, „kiedyś byłam”, „kiedyś planowałam”. Tylko że to „kiedyś” już nie wróci. A im dłużej się w nim tkwi, tym mniej widać tego, co jeszcze może się wydarzyć – nawet jeśli będzie inne, mniejsze, wolniejsze.

Choroba nauczyła mnie, że życie nie zawsze rozwija się zgodnie z planem. Czasem brutalnie go zrywa i zostawia człowieka z pustymi rękami. I wtedy bardzo łatwo jest utknąć w żalu. W tęsknocie za sobą sprzed wszystkiego. Za życiem, które wydawało się dane raz na zawsze.

Ale im dłużej patrzę tylko wstecz, tym bardziej tracę z oczu to, co przede mną. A przecież „to, co może być” nie zawsze oznacza wielkie rzeczy. Czasem to drobne momenty: spokojniejszy poranek, rozmowa, która daje ulgę, dzień bez łez, chwila ciszy, w której nie boli aż tak bardzo. Czasem to nowe sensy, które rodzą się z konieczności. Nowe drogi, których nigdy bym nie wybrała, gdyby życie mnie do nich nie popchnęło.
Nie znaczy to, że pogodziłam się ze wszystkim. Nie znaczy, że nie tęsknię. Ale coraz częściej próbuję łapać się na tym, by nie żyć wyłącznie wspomnieniami. Bo one, choć ważne, nie mogą być jedynym miejscem, w którym przebywam.

„To, co było” ukształtowało mnie. Ale „to, co może być” wciąż ma szansę mnie uratować – na swój cichy, niepozorny sposób. I chyba właśnie na tym polega siła codzienności: na próbie spojrzenia do przodu, nawet wtedy, gdy serce wciąż ciągnie wstecz.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Koniec wakacji – radość i strach w jednym

Wakacje dobiegają końca. Dla wielu dzieci to czas ekscytacji, dla rodziców – często ulga, że wraca codzienna rutyna. A ja? Ja mam w sobie mieszankę dwóch skrajnych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że mój syn wraca do szkoły. Widzę, jak bardzo go to cieszy, jak odnajduje się w tym, co robi. To nie jest tylko obowiązek – to jego pasja. On naprawdę lubi się uczyć tego, co wybrał. I kiedy patrzę na niego, wiem, że jest we właściwym miejscu, że robi coś, co go napędza i daje mu radość. Ale z drugiej strony… jestem trochę przerażona. Bo kiedy on będzie w szkole, ja zostanę sama w domu. I choć zawsze jakoś sobie radzę, to brak jego obecności odczuję bardzo mocno. On jest dla mnie ogromnym wsparciem, taką moją opoką. Wiem, że mogę na niego liczyć w każdej chwili. Czasem odpowie „zaraz” albo „teraz mam ważne”, ale koniec końców zawsze robi to, o co go poproszę. Ciężko będzie mi się przyzwyczaić do tej ciszy, do tego, że nie ma go tu obok. Do tego, że nie mogę w każdej chwili poprosić o pomoc ...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...