Przejdź do głównej zawartości

Mam prawo do odpoczynku, nawet jeśli nic wielkiego dziś nie zrobiłam

To zdanie wciąż uczę się wypowiadać bez poczucia winy.
I wciąż nie zawsze mi się to udaje.

Bo w głowie często odzywa się ten sam głos:
„Musisz być produktywna.”
„Powinnaś zrobić więcej.”
„Inni dają radę, a Ty znowu leżysz.”

A ja czasem sama nie rozumiem, skąd to zmęczenie. Przecież nie dźwigałam, nie biegałam, nie zdobywałam świata. A jednak w ciągu dnia przychodzi moment, kiedy ciało mówi jasno: teraz trzeba się położyć. Teraz trzeba zasnąć. Teraz dalej się nie da.

I wtedy zaczyna się wewnętrzna walka.
Między tym, co „powinnam”, a tym, czego naprawdę potrzebuję.

Choroba ma swoje prawa.
Leki mają swoje skutki uboczne.
Organizm pracuje na innych obrotach, nawet jeśli z zewnątrz nic wielkiego się nie wydarzyło.

Odpoczynek w moim życiu nie jest nagrodą za wykonane zadania. Jest koniecznością. Jest leczeniem. Jest próbą utrzymania równowagi w świecie, który dawno przestał być prosty.

Czasem boli mnie to, że muszę się na nowo uczyć zgody na bezruch. Że muszę tłumaczyć – innym, ale przede wszystkim sobie – że zmęczenie nie zawsze ma widoczną przyczynę. Że ono nie musi być „zasłużone”.

Dziś coraz częściej próbuję sobie powtarzać:
mam prawo się zatrzymać.
Mam prawo odpocząć.
Mam prawo położyć się w środku dnia i zamknąć oczy, nawet jeśli lista zadań wciąż jest nieodfajkowana.

To nie lenistwo.
To dbanie o siebie w wersji, na jaką teraz mnie stać.

A z tym… powoli uczę się żyć w zgodzie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tęsknota za codziennością, która dawała siłę

 Są tacy, którzy mówią: „Nie lubię swojej pracy, robię to tylko dla pieniędzy”. Ja zawsze miałam inaczej. Praca była dla mnie czymś więcej – nie tylko obowiązkiem, ale miejscem, gdzie czułam się potrzebna, skupiona, żywa. Była moją odskocznią od domowych problemów, codziennych trosk i niepokoju. Gdy przekraczałam próg, wszystko zostawało za drzwiami – nie było już miejsca na zamartwianie się, na rozkładanie życia na czynniki pierwsze. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Praca wymagała ode mnie pełnej koncentracji, zaangażowania i odpowiedzialności. I dawała mi za to coś bardzo cennego – poczucie sensu, rytm, strukturę dnia. Od dłuższego czasu nie mogę jednak do niej wrócić. Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Ciało przestało współpracować, a ja musiałam się zatrzymać. I choć minęło już sporo czasu, tęsknota nie mija. Brakuje mi tej codziennej rutyny, porannych przygotowań, znajomych twarzy, odpowiedzialności – wszystkiego, co tworzyło moją „pracową rzeczywistość”. Bardzo ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Nie taka miała być dorosłość – i co z tego?

Miała być stabilna praca, zdrowie, mieszkanie z katalogu. Dziecko, pies i wspólne wymarzone wakacje. Miał być spokój. Przewidywalność. Początek codzienności, która daje poczucie bezpieczeństwa. A potem dorosłość przyszła i pokazała środkowy palec wszystkim tym planom. Bo zamiast harmonii – przyszły kryzysy. Choroby. Czekanie w kolejce do lekarza. Czekanie na wiadomość, która nie przychodzi. Utraty, których nie da się wymazać. Dni, kiedy nie wiadomo, po co w ogóle wstać z łóżka. I wieczory, kiedy pęka się w środku, ale trzeba się uśmiechnąć, bo ktoś coś od nas chce. Ale wiesz co? Mimo wszystko – jestem tutaj. I jestem bardziej sobą niż kiedykolwiek wcześniej. --- Kiedyś myślałam, że „poukładane życie” to cel. Dziś wiem, że to raczej stan tymczasowy, który może się zmienić w każdej chwili. Niezależnie od tego, jak bardzo się starasz. Można być dobrym człowiekiem, mieć plany, marzenia – i i tak dostać w kość. Czasem bez powodu. Ale w tym chaosie nauczyłam się czegoś, czego nikt mi nie pow...