To zdanie wciąż uczę się wypowiadać bez poczucia winy.
I wciąż nie zawsze mi się to udaje.
Bo w głowie często odzywa się ten sam głos:
„Musisz być produktywna.”
„Powinnaś zrobić więcej.”
„Inni dają radę, a Ty znowu leżysz.”
A ja czasem sama nie rozumiem, skąd to zmęczenie. Przecież nie dźwigałam, nie biegałam, nie zdobywałam świata. A jednak w ciągu dnia przychodzi moment, kiedy ciało mówi jasno: teraz trzeba się położyć. Teraz trzeba zasnąć. Teraz dalej się nie da.
I wtedy zaczyna się wewnętrzna walka.
Między tym, co „powinnam”, a tym, czego naprawdę potrzebuję.
Choroba ma swoje prawa.
Leki mają swoje skutki uboczne.
Organizm pracuje na innych obrotach, nawet jeśli z zewnątrz nic wielkiego się nie wydarzyło.
Odpoczynek w moim życiu nie jest nagrodą za wykonane zadania. Jest koniecznością. Jest leczeniem. Jest próbą utrzymania równowagi w świecie, który dawno przestał być prosty.
Czasem boli mnie to, że muszę się na nowo uczyć zgody na bezruch. Że muszę tłumaczyć – innym, ale przede wszystkim sobie – że zmęczenie nie zawsze ma widoczną przyczynę. Że ono nie musi być „zasłużone”.
Dziś coraz częściej próbuję sobie powtarzać:
mam prawo się zatrzymać.
Mam prawo odpocząć.
Mam prawo położyć się w środku dnia i zamknąć oczy, nawet jeśli lista zadań wciąż jest nieodfajkowana.
To nie lenistwo.
To dbanie o siebie w wersji, na jaką teraz mnie stać.
A z tym… powoli uczę się żyć w zgodzie.
Komentarze
Prześlij komentarz