Długo myślałam, czym tak naprawdę jest siła.
Nie ta z poradników, nie ta z motywacyjnych haseł, nie ta, którą tak łatwo przypisuje się ludziom „dzielnym” i „radzącym sobie”. Tylko ta prawdziwa, codzienna, cicha.
I doszłam do wniosku, że siła w gruncie rzeczy jest synonimem wiary.
Nie wiary w cuda, które wydarzą się jutro.
Nie wiary w to, że nagle wszystko się ułoży.
Ale wiary w to, że mimo wszystko warto wstać. Warto oddychać. Warto jeszcze spróbować przeżyć ten dzień.
Bo kiedy choroba zabiera pewność jutra, kiedy odbiera sprawczość, plany, marzenia, wtedy siła nie polega na uśmiechu ani na udawaniu, że „jest okej”. Siła polega na tym, że nie pozwalamy całkiem umrzeć nadziei. Nawet jeśli jest maleńka. Nawet jeśli ledwo się tli.
Prawdziwa odwaga nie krzyczy.
Ona karmi nadzieję po cichu.
Drobnostkami.
Jedną dobrą myślą.
Jednym spokojniejszym oddechem.
Jednym „jeszcze dziś spróbuję”.
Są dni, kiedy wiara ma postać łez.
Są dni, kiedy wygląda jak bezsilność.
Są też takie, kiedy jedynym aktem odwagi jest to, że nie rezygnujemy całkiem – z siebie, z życia, z marzeń, nawet tych, które musiały zmienić kształt.
I chyba właśnie dlatego „Siła codzienności” nigdy nie była dla mnie o byciu twardą.
Była o tym, żeby wierzyć mimo wszystko.
Że moje życie – choć inne, trudniejsze, ograniczone – wciąż ma sens.
Że nawet w bólu można znaleźć odrobinę światła.
Że nadzieja, jeśli się ją karmi, potrafi przetrwać naprawdę wiele.
Bo siła to nie brak strachu.
Siła to wiara, która nie pozwala strachowi wygrać.
A odwaga…
Odwaga to codzienne wybieranie nadziei, nawet wtedy, gdy wszystko inne mówi, że nie warto.
Komentarze
Prześlij komentarz