Przejdź do głównej zawartości

Lęk, który chodzi obok

O lęku w chorobie autoimmunologicznej mówi się mało. Jakby był dodatkiem, czymś pobocznym, mniej ważnym niż wyniki badań, leki czy kolejne diagnozy. A przecież dla wielu z nas to właśnie on bywa najcięższy. Cichszy od bólu, ale bardziej podstępny. Taki, który nie daje odpocząć nawet wtedy, gdy ciało na chwilę odpuszcza.

Ten lęk nie bierze się znikąd. Rodzi się z niepewności. Z życia w trybie „nie wiem, jak będzie jutro”. Z choroby, która potrafi jednego dnia pozwolić normalnie funkcjonować, a drugiego odebrać siły do wstania z łóżka. Kiedy organizm raz już zawiódł, trudno mu zaufać ponownie. I wtedy w głowie zaczynają krążyć pytania, na które nie ma prostych odpowiedzi.

Czasem to tylko napięcie – takie, którego nie da się rozluźnić. Czasem natłok myśli, które nie chcą ucichnąć, zwłaszcza wieczorem. A czasem bardzo fizyczne objawy: kołatanie serca, ścisk w klatce piersiowej, uczucie, jakby coś utknęło w gardle. Ciało i psychika są tu nierozerwalne. Jedno reaguje na drugie, wzajemnie się nakręcając.

Ten lęk różni się od lęku ludzi zdrowych. Nie jest abstrakcyjny. On wyrasta z doświadczenia. Z bólu, który już był. Z zaostrzeń, które przyszły nagle. Z dni, kiedy plany trzeba było odwołać w ostatniej chwili. To lęk zapisany w pamięci ciała. Organizm pamięta, że było ciężko – i próbuje chronić się na zapas.

Do tego dochodzi przewlekły stan zapalny, zmęczenie, leki, ciągła obserwacja siebie. Nasłuchiwanie sygnałów, analizowanie każdego gorszego samopoczucia. Układ nerwowy żyje w gotowości, jakby cały czas spodziewał się kolejnego ciosu. I trudno się temu dziwić.

Przez długi czas myślałam, że ten lęk oznacza słabość. Że skoro się boję, to znaczy, że sobie nie radzę. Dziś wiem, że to nieprawda. Lęk w chorobie autoimmunologicznej nie jest porażką. Jest reakcją na życie w warunkach, które wymagają nieustannej czujności.

Radzenie sobie z nim to proces. Czasem pomaga wiedza – zrozumienie, co dzieje się w ciele, daje choć odrobinę poczucia kontroli. Czasem rytm dnia, sen, spokojny oddech, drobne rytuały, które mówią układowi nerwowemu: „teraz jesteś bezpieczna”. Czasem rozmowa z kimś, kto nie bagatelizuje i nie mówi „weź się w garść”. A czasem potrzebna jest pomoc specjalisty czy leczenie farmakologiczne – i to też jest w porządku.

Najważniejsze jest jedno: pozwolić sobie na ten lęk. Nie walczyć z nim na siłę. Nie wstydzić się go. Bo on nie oznacza, że jesteśmy słabi. Oznacza, że żyjemy z czymś trudnym i nieprzewidywalnym.

Lęk może nie zniknąć całkowicie. Ale można nauczyć się, żeby nie stał na czele każdego dnia. Żeby nie decydował za nas o wszystkim. I to już jest ogromny krok – taka mała, codzienna siła, która nie krzyczy, ale pozwala oddychać trochę spokojniej.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Nie jestem już tą samą osobą. I wcale nie chcę wracać

Zmieniłam się. Naprawdę. I to nie jest tylko kwestia czasu, przeżyć, doświadczeń. To nie jest „dojrzałość” czy „życiowa mądrość”. To też — ale nie tylko. To przede wszystkim spokój, który przyszedł nie sam. Przyszedł dzięki tabletkom, które przepisał lekarz. Nie wstydzę się tego. Nie ukrywam tego. Bo prawda jest taka, że uratowały mnie. Uratowały mnie ode mnie samej. Od głupich myśli i rozważań, które mogły doprowadzić do tragedii. Nie jestem już tą samą osobą. Kiedyś byłam ciągle na krawędzi. Wybuchałam, płakałam, czepiałam się o bzdury. Nosiłam w sobie napięcie, którego nie umiałam rozładować inaczej niż złością. Nerwy były we mnie jak sprężyna, gotowa do odbicia przy najdrobniejszym dotyku. Teraz jestem spokojniejsza. Nie taka zupełnie „inna”. Po prostu... złagodniałam. Jest we mnie więcej wyrozumiałości. Więcej ciszy. Mniej potrzeby, żeby wygrywać każdą emocjonalną wojnę. Nie twierdzę, że wszystko jest idealnie. Noce wciąż są trudne. Myśli nie zasypiają wtedy, kiedy ja próbuję. Cza...