Cierpienie nie ma jednej skali.
Nie da się go zważyć, porównać ani ustawić w kolejce od „najgorszego” do „mniej ważnego”. A jednak tak często próbujemy. Czasem nieświadomie, czasem w dobrej wierze, a czasem z bezradności.
„Inni mają gorzej.”
„To jeszcze nie jest takie straszne.”
„Daj spokój, da się z tym żyć.”
Te słowa padają zbyt łatwo. I ranią bardziej, niż się wydaje.
Cierpienie zawsze jest subiektywne. To, co dla jednego jest chwilowym dyskomfortem, dla drugiego może być codzienną walką o przetrwanie. To, co ktoś znosi „jakoś”, dla kogoś innego jest granicą, której nie da się przekroczyć bez łamania siebie.
Nauczyłam się tego na własnej skórze.
Bo mój ból nie zawsze wyglądał „wystarczająco poważnie”. Nie zawsze był widoczny. Nie zawsze pasował do cudzych wyobrażeń o tym, jak powinno wyglądać cierpienie. A jednak był. Każdego dnia. I każdej nocy.
Były momenty, kiedy słyszałam, że powinnam się cieszyć, bo „mogło być gorzej”. Tylko nikt nie pytał, jak bardzo boli mnie to, co jest teraz. Nikt nie zaglądał do środka, tam gdzie nie widać opatrunków, gipsów ani kul.
Najtrudniejsze w cierpieniu nie jest tylko to, że boli. Najtrudniejsze jest bycie niewysłuchanym. Zostawionym z bólem, który ktoś właśnie pomniejszył, odebrał mu prawo do istnienia.
Każdy z nas nosi swoją historię. Swoje granice. Swoją wytrzymałość. I nikt nie ma prawa mówić drugiemu człowiekowi, że jego ból „nie jest wystarczający”. Że powinien być cichszy. Skromniejszy. Bardziej wdzięczny.
Czasem największym wsparciem nie są rady ani porównania.
Czasem wystarczy powiedzieć: widzę, że boli.
I nie próbować tego bólu naprawiać na siłę.
Bo cierpienie nie potrzebuje oceny.
Potrzebuje zrozumienia.
A jeśli nie potrafimy zrozumieć — przynajmniej nie odbierajmy komuś prawa do jego własnego bólu.
Komentarze
Prześlij komentarz