Są takie dni, kiedy łapię się na tym, że znowu robię to samo. Ten sam błąd, który już raz kosztował mnie bardzo dużo. Patrzę dalej niż pozwala mi ciało. Wybiegam myślami i planami tam, gdzie moje siły jeszcze nie doszły. Jakby wciąż we mnie była ta dawna wersja mnie – silniejsza, sprawniejsza, nieznająca granic.
Choroba przyszła jak brutalny znak STOP. Bez pytania, bez negocjacji. Pokazała mi, że nie wszystko da się „przetrzymać”, „przejść” czy „zacisnąć zęby”. Że ciało ma swoją pamięć i swój limit. I że kiedy go przekroczę, ono upomni się o siebie bezlitośnie. Raz już dostałam tę lekcję. I skończyła się źle. Zbyt źle, by ją zlekceważyć.
A jednak… znowu czasem balansuję na granicy. Z jednej strony bardzo nie chcę wracać do tamtego miejsca – do strachu, bólu, bezradności. Do konsekwencji, które ciągną się za mną do dziś. Z drugiej strony pojawiło się coś, co daje mi oddech. Coś, co odciąga myśli od choroby. Coś, co sprawia, że znów czuję się potrzebna. Żywa. Obecna.
I to jest ta najtrudniejsza część. Bo jak pogodzić rozsądek z potrzebą sensu? Jak słuchać ciała, nie tracąc siebie? Jak żyć ostrożnie, kiedy serce wreszcie ma się czego uchwycić?
Choroba ostrzega. Cicho, a czasem bardzo głośno. Mówi: zwolnij, uważaj, zatrzymaj się. Ale człowiek to nie tylko organizm – to też pragnienia, potrzeba bycia ważnym, widzianym, potrzebnym. I kiedy pojawia się coś, co daje namiastkę normalności, tak łatwo zapomnieć o granicach.
Uczę się więc chodzić po cienkiej linii. Między tym, co daje mi sens, a tym, co może mnie znowu złamać. Uczę się słuchać ostrzeżeń, ale nie zamykać się na życie. To trudna lekcja. I wcale nie czuję, że już ją opanowałam. Ale wiem jedno – drugiej takiej nauczki moje ciało może już nie wytrzymać. A ja bardzo chcę jeszcze trochę tu być. W miarę cała. W miarę sobą.
Komentarze
Prześlij komentarz