Przejdź do głównej zawartości

Moje miejsca, do których nie chodzę

Każdy z nas nosi w sobie miejsca szczególne. Takie, które dają wytchnienie, radość, poczucie normalności albo wolności.
Ja też je mam.
Ale obok nich istnieje jeszcze inna mapa. Mapa miejsc, których nie odwiedzam. Moich miejsc nieobecnych.

To przestrzenie, które dla większości ludzi są czymś zupełnie zwyczajnym. Naturalnym elementem dnia, decyzją podejmowaną bez planu i zastanowienia.
Dla mnie są gdzieś obok. Blisko, a jednak nieosiągalnie daleko.

Kino – zapach popcornu, przygaszone światła, dwie godziny zapomnienia w miękkim fotelu.
Koncert – dźwięk muzyki na żywo, ludzie stłoczeni pod sceną, wspólne przeżywanie chwili.
Kawa w mieście – spontaniczna, bez planu, wypita „tu i teraz”, bo tak podpowiada nastrój.
Parki rozrywki, aquaparki – śmiech, ruch, adrenalina, beztroska.
Góry – długie szlaki, cisza, zmęczenie, które daje satysfakcję, widok na szczycie.
Podróże – nawet te krótkie, kilka godzin drogi, po prostu ruszyć przed siebie.

One wszystkie istnieją.
Tylko jakby nie dla mnie.

Widzę je, wiem o nich, obserwuję, jak inni z nich korzystają. Jakby oddzielała nas niewidzialna tafla szkła – przejrzysta, ale nie do przebicia. I choć to „tylko” kino, „tylko” kawa, „tylko” wyjazd… dla mnie to coś znacznie więcej. To pragnienie. Czasem bardzo bolesne.

Moje nie-miejsca uświadamiają mi, jak bardzo moje życie odbiega od tego, co uznaje się za normalne. Nauczyłam się doceniać drobne rzeczy, które są na wyciągnięcie ręki. Nauczyłam się cieszyć tym, co dostępne.
Ale tęsknota potrafi pojawić się nagle, bez zapowiedzi. Bo nie-miejsca to także niespełnione marzenia.

Może kiedyś.
A dziś pozostają we mnie – jak zaznaczone punkty na mapie, do których droga na razie jest zamknięta.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Koniec wakacji – radość i strach w jednym

Wakacje dobiegają końca. Dla wielu dzieci to czas ekscytacji, dla rodziców – często ulga, że wraca codzienna rutyna. A ja? Ja mam w sobie mieszankę dwóch skrajnych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że mój syn wraca do szkoły. Widzę, jak bardzo go to cieszy, jak odnajduje się w tym, co robi. To nie jest tylko obowiązek – to jego pasja. On naprawdę lubi się uczyć tego, co wybrał. I kiedy patrzę na niego, wiem, że jest we właściwym miejscu, że robi coś, co go napędza i daje mu radość. Ale z drugiej strony… jestem trochę przerażona. Bo kiedy on będzie w szkole, ja zostanę sama w domu. I choć zawsze jakoś sobie radzę, to brak jego obecności odczuję bardzo mocno. On jest dla mnie ogromnym wsparciem, taką moją opoką. Wiem, że mogę na niego liczyć w każdej chwili. Czasem odpowie „zaraz” albo „teraz mam ważne”, ale koniec końców zawsze robi to, o co go poproszę. Ciężko będzie mi się przyzwyczaić do tej ciszy, do tego, że nie ma go tu obok. Do tego, że nie mogę w każdej chwili poprosić o pomoc ...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...