Coraz częściej łapię się na tej myśli. Na tym pytaniu, które nie daje spokoju.
Czy to nie smutne, że tak wielu ludzi musi najpierw zachorować, żeby zobaczyć, jak cudowne – i kruche – jest życie?
Dopóki jesteśmy zdrowi, pędzimy. Odkładamy siebie na później. Czas, relacje, odpoczynek, uważność – wszystko jest „na kiedyś”. Żyjemy w przekonaniu, że jutro na pewno będzie. Że ciało wytrzyma. Że zdrowie jest czymś oczywistym, danym raz na zawsze.
A potem przychodzi choroba. Czasem po cichu. Czasem brutalnie. I w jednej chwili przewraca cały porządek świata do góry nogami.
Nagle to, co było najważniejsze, traci znaczenie. Praca, ambicje, plany na przyszłość. Liczy się jedno: wstać bez bólu. Przejść dzień. Złapać oddech. Zjeść spokojnie śniadanie. Przespać noc.
Zaczynamy dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie widzieliśmy. Zapach poranka. Światło wpadające przez okno. Obecność drugiego człowieka. Zwykłe „jak się dziś czujesz?” staje się czymś więcej niż pytaniem.
Choroba nie tylko zabiera. Ona też boleśnie uczy. Pokory. Uważności. Tego, że życie nie jest dane na zawsze, że nie wszystko od nas zależy, że kontrola jest często tylko złudzeniem.
I tak sobie myślę, że w tym wszystkim jest ogromny smutek. Bo ilu ludzi mogłoby żyć inaczej, gdyby nie musieli najpierw zachorować, żeby się zatrzymać? Gdyby potrafili docenić swoje ciało, zanim zacznie boleć. Czas, zanim zacznie go brakować. Bliskich, zanim pojawi się strach, że można ich stracić.
Ja też tego nie umiałam. Też żyłam „normalnie”. Też myślałam, że zdążę. Że jeszcze będzie czas. Choroba zabrała mi wiele, ale jedno mi dała: świadomość. Tę bolesną, ale prawdziwą wiedzę, że życie jest cudem właśnie dlatego, że jest kruche.
Szkoda tylko, że tak często musimy zapłacić za to zdrowiem.
Komentarze
Prześlij komentarz