Przejdź do głównej zawartości

Kiedy nadzieja zaczyna gasnąć

Ostatnio trochę mniej we mnie nadziei.

Nie straciłam jej całkiem. Jeszcze gdzieś tam jest. Tli się małym płomieniem, którego nie potrafię, a może nie chcę, zgasić do końca. Ale podczas ostatniej wizyty u lekarza ktoś mocno na niego dmuchnął.

Bo znowu pojawiło się „może”.

Może leczenie biologiczne się opóźni.
Może inne problemy zdrowotne staną się przeszkodą.
Może trzeba będzie znowu czekać.

A ja tak bardzo nie chcę już czekać.

Czekam na to leczenie jak na coś, co może wreszcie pozwolić mi trochę odetchnąć. Nie oczekuję cudu. Wiem, że tego, co już zostało uszkodzone, nie da się cofnąć. Wiem, że nie obudzę się nagle w ciele sprzed choroby.

Chcę tylko, żeby nie psuło się już nic więcej.

Chcę zatrzymać chorobę, zanim zabierze mi kolejne kawałki sprawności. Chcę wreszcie poczuć ulgę w bólu. Chcę choć trochę normalności.

Bo dla mnie normalność nie oznacza już wielkich rzeczy.

To możliwość wyjścia z domu bez zastanawiania się, ile wytrzymam.

To dzień, w którym ból nie jest pierwszą rzeczą, o której myślę po przebudzeniu.

To możliwość zrobienia czegoś spontanicznie, bez planowania wszystkiego wokół własnego ciała.

To po prostu życie, w którym choroba nie zajmuje całego miejsca.

I dlatego tak bardzo zabolała mnie ta ostatnia wizyta.

Bo przez chwilę poczułam, że coś, czego tak mocno się trzymałam, znowu zaczyna się oddalać.

A ja jestem już naprawdę zmęczona.

Zmęczona bólem.
Zmęczona czekaniem.
Zmęczona kolejnymi wizytami, badaniami i niepewnością.
Zmęczona tym, że ciągle muszę być silna.

I boję się.

Boję się, że jeśli leczenie zostanie odsunięte o niewiadomo jak długo, po prostu zabraknie mi siły, żeby dalej czekać.

Ale mimo wszystko jeszcze wierzę.

Jeszcze trochę.

Ten mały płomyk nadal się we mnie tli.

I chyba właśnie dlatego tak bardzo boli mnie myśl, że ktoś albo coś może go w końcu zgasić.

Bo ja nie proszę już o odzyskanie dawnego życia. Nie proszę nawet o życie bez bólu. Proszę tylko o szansę, żeby choroba nie odebrała mi reszty tego, co jeszcze mam. I naprawdę nie wiem, ile jeszcze potrafię czekać.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Armia Aniołów

Ta choroba nauczyła mnie zrozumienia. Nie tylko bólu, który odbiera siły i zmienia codzienność, ale przede wszystkim zrozumienia drugiego człowieka. Zrozumienia, jak kruche potrafi być życie i jak wielką moc ma obecność kogoś, kto po prostu jest. Zrozumiałam, że wiele w naszym życiu zależy od ludzi, którymi się otaczamy. Od tego, czy w trudnej chwili ktoś poda rękę, napisze kilka ciepłych słów, czy po prostu zapyta: „Jak się czujesz?” — i naprawdę poczeka na odpowiedź. Zrozumiałam, że dobra energia, bliskość i szczerość potrafią uleczyć więcej niż niejeden lek. Że jedna rozmowa potrafi uciszyć ból, a jedno spojrzenie może dać siłę, której już w sobie nie widzieliśmy. Wielokrotnie przekonałam się, jak ważne są relacje — te prawdziwe, pielęgnowane, oparte na wzajemnym szacunku i trosce. Że czasem jedna osoba, pojawiając się niespodziewanie, potrafi zmienić całe nasze spojrzenie na świat. I że nie zawsze są to ci, których się spodziewaliśmy. Czasem to zupełnie inni ludzie — cisi, ale obec...

Koniec wakacji – radość i strach w jednym

Wakacje dobiegają końca. Dla wielu dzieci to czas ekscytacji, dla rodziców – często ulga, że wraca codzienna rutyna. A ja? Ja mam w sobie mieszankę dwóch skrajnych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że mój syn wraca do szkoły. Widzę, jak bardzo go to cieszy, jak odnajduje się w tym, co robi. To nie jest tylko obowiązek – to jego pasja. On naprawdę lubi się uczyć tego, co wybrał. I kiedy patrzę na niego, wiem, że jest we właściwym miejscu, że robi coś, co go napędza i daje mu radość. Ale z drugiej strony… jestem trochę przerażona. Bo kiedy on będzie w szkole, ja zostanę sama w domu. I choć zawsze jakoś sobie radzę, to brak jego obecności odczuję bardzo mocno. On jest dla mnie ogromnym wsparciem, taką moją opoką. Wiem, że mogę na niego liczyć w każdej chwili. Czasem odpowie „zaraz” albo „teraz mam ważne”, ale koniec końców zawsze robi to, o co go poproszę. Ciężko będzie mi się przyzwyczaić do tej ciszy, do tego, że nie ma go tu obok. Do tego, że nie mogę w każdej chwili poprosić o pomoc ...