Ostatnio trochę mniej we mnie nadziei.
Nie straciłam jej całkiem. Jeszcze gdzieś tam jest. Tli się małym płomieniem, którego nie potrafię, a może nie chcę, zgasić do końca. Ale podczas ostatniej wizyty u lekarza ktoś mocno na niego dmuchnął.
Bo znowu pojawiło się „może”.
Może leczenie biologiczne się opóźni.
Może inne problemy zdrowotne staną się przeszkodą.
Może trzeba będzie znowu czekać.
A ja tak bardzo nie chcę już czekać.
Czekam na to leczenie jak na coś, co może wreszcie pozwolić mi trochę odetchnąć. Nie oczekuję cudu. Wiem, że tego, co już zostało uszkodzone, nie da się cofnąć. Wiem, że nie obudzę się nagle w ciele sprzed choroby.
Chcę tylko, żeby nie psuło się już nic więcej.
Chcę zatrzymać chorobę, zanim zabierze mi kolejne kawałki sprawności. Chcę wreszcie poczuć ulgę w bólu. Chcę choć trochę normalności.
Bo dla mnie normalność nie oznacza już wielkich rzeczy.
To możliwość wyjścia z domu bez zastanawiania się, ile wytrzymam.
To dzień, w którym ból nie jest pierwszą rzeczą, o której myślę po przebudzeniu.
To możliwość zrobienia czegoś spontanicznie, bez planowania wszystkiego wokół własnego ciała.
To po prostu życie, w którym choroba nie zajmuje całego miejsca.
I dlatego tak bardzo zabolała mnie ta ostatnia wizyta.
Bo przez chwilę poczułam, że coś, czego tak mocno się trzymałam, znowu zaczyna się oddalać.
A ja jestem już naprawdę zmęczona.
Zmęczona bólem.
Zmęczona czekaniem.
Zmęczona kolejnymi wizytami, badaniami i niepewnością.
Zmęczona tym, że ciągle muszę być silna.
I boję się.
Boję się, że jeśli leczenie zostanie odsunięte o niewiadomo jak długo, po prostu zabraknie mi siły, żeby dalej czekać.
Ale mimo wszystko jeszcze wierzę.
Jeszcze trochę.
Ten mały płomyk nadal się we mnie tli.
I chyba właśnie dlatego tak bardzo boli mnie myśl, że ktoś albo coś może go w końcu zgasić.
Bo ja nie proszę już o odzyskanie dawnego życia. Nie proszę nawet o życie bez bólu. Proszę tylko o szansę, żeby choroba nie odebrała mi reszty tego, co jeszcze mam. I naprawdę nie wiem, ile jeszcze potrafię czekać.
Komentarze
Prześlij komentarz