Przez całą swoją chorobę spotkałam ludzi, których do dziś wspominam z wdzięcznością. Takich, którzy pojawili się wtedy, kiedy naprawdę ich potrzebowałam. Którzy nie pytali, czy przesadzam. Nie oceniali. Nie mówili: „inni mają gorzej”. Po prostu byli.
Ale spotkałam też takich, po których zostało coś zupełnie innego.
Rozczarowanie. Żal. Złość. Czasem niedowierzanie, że człowiek może być dla drugiego człowieka aż tak obojętny.
Choroba bardzo szybko pokazuje, kto jest obok naprawdę, a kto tylko wtedy, kiedy jest łatwo, wygodnie i przyjemnie albo potrzebuje informacji.
I chyba każdy z nas, kto przez dłuższy czas zmaga się z chorobą, miał kiedyś taki moment, w którym pomyślał:
„Mam to gdzieś.”
Nie będę się martwić jak ktoś źle życzy.
Nie będę się martwić jak ktoś źle mówi.
Nie będę się przejmować czyjąś zawiścią.
Nie będę się mścić.
Nie będę poświęcać kolejnych kawałków siebie komuś, kto i tak nie potrafił ich docenić.
Bo po co?
Przecież istnieje coś takiego jak karma.
Wiem, że nie zawsze przychodzi od razu. Czasem trzeba na nią poczekać długo. Bardzo długo. Czasem patrzymy na czyjeś życie i zastanawiamy się, jak to możliwe, że ktoś może robić tyle złego i nadal mieć wszystko, czego chce.
I wtedy pojawia się złość.
Bo przecież powinno być sprawiedliwie.
Powinno być tak, że dobro wraca dobrem, a zło wraca do tego, kto je wysłał w świat.
Tylko życie nie zawsze działa według naszego zegarka.
Czasem karma przychodzi szybko.
Czasem potrzebuje miesięcy.
Czasem lat.
A czasem nawet nie zobaczymy momentu, w którym zapuka do czyichś drzwi.
I chyba właśnie tego nauczyła mnie choroba najbardziej.
Że nie na wszystko mam wpływ.
Nie mogę zmusić kogoś, żeby miał serce.
Nie mogę sprawić, żeby ktoś zrozumiał mój ból.
Nie mogę cofnąć czyichś słów.
Nie mogę sprawić, żeby ktoś poczuł dokładnie to, co ja czułam, kiedy zostałam zraniona.
Mogę za to zdecydować, co zrobię z tym wszystkim.
I coraz częściej wybieram ciszę.
Nie dlatego, że zapomniałam.
Nie dlatego, że nie bolało.
Tylko dlatego, że nie chcę już nosić w sobie cudzych błędów.
Niech każdy idzie swoją drogą.
Ja mam swoją.
I wierzę, że życie ma swoją pamięć. Że czasem wcześniej, czasem później, ale każdy z nas spotyka konsekwencje swoich wyborów. Tego, jak traktował innych. Tego, co dawał światu. Tego, co zostawiał po sobie w drugim człowieku.
Dlatego dzisiaj, kiedy ktoś mnie skrzywdzi, coraz częściej nie pytam już:
„Dlaczego on mi to zrobił?”
Myślę tylko:
„To już nie jest mój problem.”
Nie będę odpłacać złem za zło.
Nie będę niszczyć siebie gniewem.
Nie będę czekać z zemstą.
Mam wystarczająco dużo własnych bitew.
A karma?
Niech robi swoje.
Ja mam zamiar dalej iść.
Nawet jeśli czasem boli.
Nawet jeśli czasem wolniej.
Bo największym zwycięstwem nie jest patrzeć, jak ktoś dostaje za swoje.
Największym zwycięstwem jest przestać czekać.
Odłożyć cudzą winę. Odetchnąć. Wybrać siebie.
Niech karma robi swoje...
Komentarze
Prześlij komentarz