Przejdź do głównej zawartości

Posty

Nie zmienia. Zabiera wszystko.

Często słyszę, że choroba „zmienia życie”. Że „uczy pokory”. Że „przewartościowuje”. I za każdym razem mam w sobie cichy sprzeciw. Bo ciężka choroba nie zmienia życia. Ona je rozrywa. W jednej chwili burzy wszystko, co było poukładane, znane, bezpieczne. Zostawia człowieka na gruzach codzienności, z pytaniem: co teraz? – i bez żadnej instrukcji, jak żyć dalej. Jeszcze wczoraj było „normalnie”. Plany, obowiązki, praca, przyszłość. Dni wypełnione do granic możliwości. Myśl, że jutro będzie bardzo podobne do dziś. A potem przychodzi diagnoza. Albo objawy, których nie da się już zignorować. Albo moment, w którym ciało mówi „dość” – i już nie da się udawać, że to tylko gorszy dzień. I nagle wszystko się kończy. Nie powoli. Nie stopniowo. Tylko od razu. Ciężka choroba nie pyta o gotowość. Nie daje czasu na pożegnanie starego życia. Zabiera samodzielność, poczucie kontroli, plany na przyszłość. Zostawia strach, ból i niepewność. Zostawia codzienność, która wygląda zupełnie inaczej niż ta, o k...
Najnowsze posty

Najdroższa waluta świata

„Najdroższą walutą tego świata jest czas. Czas, którego nie można kupić, odzyskać, ani cofnąć. Można go za to właściwie wykorzystać i dobrze zainwestować.” (autor nieznany) Ten cytat zatrzymał mnie na dłużej. Może dlatego, że dziś czas ma dla mnie zupełnie inną wartość niż kiedyś. Kiedyś wydawało mi się, że jest go nieskończenie wiele. Że zdążę. Że jeszcze przyjdzie moment. Że teraz nie, ale kiedyś na pewno. Dziś wiem, jak bardzo się myliłam. Czas jest czymś, czego nikt nam nie odda. Nie da się go odłożyć na później, nie da się go „przeżyć jeszcze raz”, nie da się go cofnąć nawet wtedy, gdy bardzo byśmy chcieli. Każda minuta mija bezpowrotnie, niezależnie od tego, czy była dobra, trudna, czy całkiem zwyczajna. Choroba nauczyła mnie jednej bardzo bolesnej, ale też bardzo ważnej rzeczy – że czas nie zawsze mierzy się ilością dni, ale jakością chwil. Że nie zawsze chodzi o to, ile zrobimy, ale z kim i jak ten czas spędzimy. Że czasem najlepszą inwestycją nie jest praca, plany ani ambicje,...

Jak rozmawiać o marzeniach, które się oddaliły

Są pytania, które z pozoru są niewinne. „A jakie masz plany?” „Gdzie jedziesz na wakacje?” „Co chciałabyś teraz robić?” Dla wielu to zwykła rozmowa. Mała wymiana zdań, chwila lekkości. Dla mnie – i dla wielu osób w podobnej sytuacji – to moment, w którym coś w środku cichnie. Bo odpowiedzi nie są proste. Kiedyś były. Kiedyś marzenia przychodziły same, naturalnie. Miały kierunek, daty, kolory. Można było planować bez strachu, że ciało powie „stop”, że zdrowie znowu wszystko zweryfikuje. Dziś każde pytanie o przyszłość zahacza o niepewność. Bo jak powiedzieć, że nie wiem? Nie dlatego, że mi się nie chce. Nie dlatego, że nie mam wyobraźni. Tylko dlatego, że moje życie nauczyło mnie ostrożności. Marzenia się nie skończyły. One się oddaliły. Jakby ktoś przesunął je dalej, poza zasięg ręki. Nadal je widzę, nadal o nich myślę, ale wiem, że nie wszystko jest ode mnie zależne. Że czasem zdrowie ma ostatnie słowo. Najtrudniej jest wtedy, gdy rozmówca nie chce sprawić przykrości, a jednak trafia ...

Dzień Babci i Dziadka

Wczoraj był Dzień Babci a dziś jest Dzień Dziadka. Dla wielu – kwiaty, laurki, telefon, uśmiech po drugiej stronie słuchawki. Dla mnie to dzień ciszy. Takiej, która boli trochę bardziej niż zwykle. Nie mam już nikogo z nich. Nie ma do kogo zadzwonić. Nie ma kogo uściskać. Nie ma kogo odwiedzić „choćby na chwilę”. Zostały tylko wspomnienia. I tęsknota, która wraca w takie dni jak dziś. Każde z nich pamiętam inaczej. Inny głos. Inny zapach. Inny sposób bycia. Jedno dawało poczucie bezpieczeństwa, drugie ciepło, trzecie spokój, czwarte uczyło świata po swojemu. Każde zostawiło we mnie coś innego. Coś, co noszę do dziś, choć ich już nie ma. Brakuje mi tych rozmów. Zwyczajnych, prostych. Tych chwil, kiedy można było usiąść obok i po prostu być. Bez pośpiechu, bez planów, bez „zaraz muszę lecieć”. Brakuje mi ich spojrzeń, rad, uśmiechów. Nawet milczenia, które przy nich było inne – spokojniejsze. Czasem tak bardzo chciałabym móc zobaczyć ich jeszcze raz. Choćby na moment. Usiąść naprzeciwko,...

Kiedy już myślałam, że uczę się z tym żyć

Od jakiegoś czasu było we mnie… trochę ciszej. Psychicznie zaczynałam się zbierać. Może nie mogę powiedzieć, że byłam pogodzona ze wszystkim, ale coraz częściej łapałam się na tym, że akceptuję to, co jest. Że przestaję walczyć z myślą „dlaczego ja”, a zaczynam powoli myśleć „jak teraz żyć”. I wtedy życie znowu mnie kopnęło. Tak po prostu. Bez ostrzeżenia. Wiedziałam, czego szukają lekarze. Wiedziałam, w jakim kierunku idzie diagnostyka. Teoretycznie powinnam być przygotowana. Przecież człowiek, który tyle przeszedł, powinien już wiedzieć, jak to wygląda. A jednak… chyba nie da się przygotować na ciężką diagnozę. Nie da się jej przyjąć spokojnie, logicznie, bez emocji. Nawet jeśli w głowie wszystko się zgadza, serce i tak reaguje po swojemu. Z jednej strony powinnam się cieszyć. Wreszcie pojawia się konkret. Wreszcie leczenie ma dotyczyć choroby, a nie tylko łagodzenia bólu, gaszenia objawów, zamiatania wszystkiego pod dywan. To ogromna nadzieja. To krok do przodu. A z drugiej strony… ...

Czego nauczyła mnie choroba o ludziach

Choroba to nie tylko ból ciała. To lekcja… czasem brutalna, czasem zaskakująco ciepła. W moim życiu pokazała mi ludzi w zupełnie innym świetle – zarówno tych, od których spodziewałam się wsparcia, a zamiast niego dostałam ciszę, jak i tych, którzy pojawili się nagle, jakby niepostrzeżenie, a zostawili ogromne dobro. Choroba nauczyła mnie, że: nie każdy, kto mówi „jestem przy Tobie”, zostanie, gdy naprawdę upadniesz; milczenie bywa głośniejsze niż najostrzejsze słowa; ktoś, kto wydawał się zawsze zabiegany i niedostępny – potrafi zadzwonić tylko po to, żeby zapytać: „Jak się dziś czujesz?”; wsparcie nie zawsze przychodzi z kierunku, z którego się go oczekuje; empatia ma różne twarze: czasem to lekarz, który spojrzy jak na człowieka, nie przypadek kliniczny; czasem obca osoba z internetu, która powie „rozumiem” albo "mam tak samo". Były rozczarowania – bolesne, ostre jak nóż. Ale były też ciche cuda – uśmiechy, gesty, słowa, które trzymały mnie, gdy sama już nie dawałam rady. D...

Mistrzyni planowania

Kiedyś planowanie kojarzyło mi się z listą zakupów, godziną wyjścia z domu i ewentualnie pytaniem: „a może jeszcze kawę po drodze?” Dziś? Dziś mogłabym prowadzić szkolenia z logistyki na poziomie mistrzowskim. U mnie nie istnieje coś takiego jak wyjście spontaniczne. Nie ma: „a chodźmy na chwilę”, „wpadniemy tylko na moment” albo „zobaczymy, jak będzie”. Nie zobaczymy. U mnie wszystko jest zaplanowane. Każde wyjście z domu zaczyna się od poważnej narady… ze sobą samą. Gdzie idę? Na ile? Czy będzie siedzenie, stanie, chodzenie czy wersja hard: wszystko naraz? Czy to wyjazd krótki, średni, czy może wyprawa życia? Potem przechodzimy do etapu farmaceutycznego. Jakie tabletki wziąć? Ile? Które „na już”, które „na wszelki wypadek”, a które „gdyby świat się zawalił”? Czy wziąć dawkę standardową, czy wersję „na bohatera”, który musi przetrwać dłużej niż planował? Kolejny punkt programu: leżenie strategiczne. Tak, leżenie też trzeba zaplanować. Ile godzin wcześniej muszę poleżeć, żeby „naładowa...