Przejdź do głównej zawartości

Najdroższa waluta świata

„Najdroższą walutą tego świata jest czas.
Czas, którego nie można kupić, odzyskać, ani cofnąć.
Można go za to właściwie wykorzystać i dobrze zainwestować.”
(autor nieznany)

Ten cytat zatrzymał mnie na dłużej.
Może dlatego, że dziś czas ma dla mnie zupełnie inną wartość niż kiedyś. Kiedyś wydawało mi się, że jest go nieskończenie wiele. Że zdążę. Że jeszcze przyjdzie moment. Że teraz nie, ale kiedyś na pewno.

Dziś wiem, jak bardzo się myliłam.

Czas jest czymś, czego nikt nam nie odda. Nie da się go odłożyć na później, nie da się go „przeżyć jeszcze raz”, nie da się go cofnąć nawet wtedy, gdy bardzo byśmy chcieli. Każda minuta mija bezpowrotnie, niezależnie od tego, czy była dobra, trudna, czy całkiem zwyczajna.

Choroba nauczyła mnie jednej bardzo bolesnej, ale też bardzo ważnej rzeczy – że czas nie zawsze mierzy się ilością dni, ale jakością chwil. Że nie zawsze chodzi o to, ile zrobimy, ale z kim i jak ten czas spędzimy. Że czasem najlepszą inwestycją nie jest praca, plany ani ambicje, ale obecność. Rozmowa. Cisza obok kogoś bliskiego. Uśmiech. Zwykłe „jestem”.

Dziś dużo częściej zastanawiam się, na co naprawdę chcę przeznaczać swój czas. Komu go daję. A komu już nie chcę go oddawać. Bo skoro jest najdroższą walutą świata, to szkoda wydawać go na rzeczy, które nie mają dla mnie znaczenia.

Nie wiem, ile czasu przede mną. Nikt z nas tego nie wie.
Ale wiem jedno – chcę inwestować go mądrzej. Wolniej. Uważniej. Prawdziwiej.

Bo czasu nie da się odzyskać.
Ale można sprawić, że ten, który mamy, będzie coś znaczył.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tęsknota za codziennością, która dawała siłę

 Są tacy, którzy mówią: „Nie lubię swojej pracy, robię to tylko dla pieniędzy”. Ja zawsze miałam inaczej. Praca była dla mnie czymś więcej – nie tylko obowiązkiem, ale miejscem, gdzie czułam się potrzebna, skupiona, żywa. Była moją odskocznią od domowych problemów, codziennych trosk i niepokoju. Gdy przekraczałam próg, wszystko zostawało za drzwiami – nie było już miejsca na zamartwianie się, na rozkładanie życia na czynniki pierwsze. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Praca wymagała ode mnie pełnej koncentracji, zaangażowania i odpowiedzialności. I dawała mi za to coś bardzo cennego – poczucie sensu, rytm, strukturę dnia. Od dłuższego czasu nie mogę jednak do niej wrócić. Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Ciało przestało współpracować, a ja musiałam się zatrzymać. I choć minęło już sporo czasu, tęsknota nie mija. Brakuje mi tej codziennej rutyny, porannych przygotowań, znajomych twarzy, odpowiedzialności – wszystkiego, co tworzyło moją „pracową rzeczywistość”. Bardzo ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Jak rozpoznać, że przesadziłaś z rehabilitacją – znaki, które ciało daje, zanim krzyknie

Nie zawsze to widać od razu. Czasem to tylko lekkie napięcie w plecach, które ignorujesz, bo przecież „to tylko zmęczenie”. Albo uczucie ciężkości w nogach po ćwiczeniach, które zamiast ustępować – narasta z każdym dniem. Ciało nie zawsze krzyczy od razu. Zwykle najpierw szepcze. A my – zapatrzone w cel, w poprawę, w liczby i powroty do „normalności” – uczymy się tych szeptów nie słyszeć. U mnie zaczyna się od zmiany nastroju. Takiego trudnego do uchwycenia rozdrażnienia. Później ciało dołącza do chóru – trudność ze snem, nieustępujący ból nawet po tabletkach, drętwienie, które wraca szybciej. I ten znajomy ciężar w lędźwiach, jakby ktoś położył mi tam worek z piaskiem. Znacie to? Miałam dni, kiedy ćwiczyłam lub chodziłam więcej, niż było trzeba. Bo przecież „już tyle umiem”, „tak dobrze szło”, „nie mogę sobie odpuścić”. A jednak ciało nie zna ambicji. Ono zna granice. I kiedy przekraczam je zbyt często, przypomina o sobie dobitnie. Co może być takim cichym sygnałem? uczucie zmęczenia ...