Przejdź do głównej zawartości

Za długie wolne

Pisałam już kiedyś o „długim wolnym”.
O przerwie, która zamiast cieszyć — męczy.
Ale dziś widzę, że tamto wolne było jeszcze krótkie.
Teraz dopiero zaczyna się ten etap, kiedy dni ciągną się jak guma do żucia, a czas traci smak.
Wolne coraz bardziej się wydłuża… i coraz bardziej doskwiera.

Na początku jeszcze próbowałam znaleźć w tym sens.
Odpocząć, wyciszyć się, „przetrawić” to wszystko.
Ale im dłużej ta przerwa trwa, tym bardziej mam wrażenie, że coś ze mnie wycieka:
energia, motywacja, poczucie, że jestem komuś albo czemuś potrzebna.

Wolne z przymusu nie jest ulgą.
To raczej stan zawieszenia, w którym ciało nadal potrzebuje spokoju,
a głowa krzyczy, że za długo jestem z boku życia.
Że za długo stoję tam, gdzie inni tylko przechodzą na chwilę.

Przerwa, która miała być chwilą oddechu, staje się powoli pułapką.
Tą podstępną — bo nie widać krat, nie słychać zamka,
a jednak czuję, że coraz trudniej z niej wyjść.

Każdy dzień wygląda prawie tak samo.
Cisza nie jest już odpoczynkiem — jest ciężarem.
A świadomość, że nie mam wpływu na to, jak szybko wrócę do „normalności”,
podkopuje mnie od środka bardziej niż jakikolwiek ból.

I właśnie tutaj wchodzi ta puenta, którą muszę wreszcie powiedzieć na głos:

Najtrudniejsze w chorobie nie jest samo cierpienie.
Najtrudniejsze jest życie w miejscu, w którym nic nie zależy ode mnie
— i udawanie, że to mnie nie łamie.

Ale łamie.
Każdego dnia po trochu.
A ja zbieram te kawałki siebie, bo wierzę, że nawet jeśli teraz stoję w miejscu,
to kiedyś znowu ruszę.
Choćby o milimetr.
Byle do przodu.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Koniec wakacji – radość i strach w jednym

Wakacje dobiegają końca. Dla wielu dzieci to czas ekscytacji, dla rodziców – często ulga, że wraca codzienna rutyna. A ja? Ja mam w sobie mieszankę dwóch skrajnych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że mój syn wraca do szkoły. Widzę, jak bardzo go to cieszy, jak odnajduje się w tym, co robi. To nie jest tylko obowiązek – to jego pasja. On naprawdę lubi się uczyć tego, co wybrał. I kiedy patrzę na niego, wiem, że jest we właściwym miejscu, że robi coś, co go napędza i daje mu radość. Ale z drugiej strony… jestem trochę przerażona. Bo kiedy on będzie w szkole, ja zostanę sama w domu. I choć zawsze jakoś sobie radzę, to brak jego obecności odczuję bardzo mocno. On jest dla mnie ogromnym wsparciem, taką moją opoką. Wiem, że mogę na niego liczyć w każdej chwili. Czasem odpowie „zaraz” albo „teraz mam ważne”, ale koniec końców zawsze robi to, o co go poproszę. Ciężko będzie mi się przyzwyczaić do tej ciszy, do tego, że nie ma go tu obok. Do tego, że nie mogę w każdej chwili poprosić o pomoc ...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...