Pisałam już kiedyś o „długim wolnym”.
O przerwie, która zamiast cieszyć — męczy.
Ale dziś widzę, że tamto wolne było jeszcze krótkie.
Teraz dopiero zaczyna się ten etap, kiedy dni ciągną się jak guma do żucia, a czas traci smak.
Wolne coraz bardziej się wydłuża… i coraz bardziej doskwiera.
Na początku jeszcze próbowałam znaleźć w tym sens.
Odpocząć, wyciszyć się, „przetrawić” to wszystko.
Ale im dłużej ta przerwa trwa, tym bardziej mam wrażenie, że coś ze mnie wycieka:
energia, motywacja, poczucie, że jestem komuś albo czemuś potrzebna.
Wolne z przymusu nie jest ulgą.
To raczej stan zawieszenia, w którym ciało nadal potrzebuje spokoju,
a głowa krzyczy, że za długo jestem z boku życia.
Że za długo stoję tam, gdzie inni tylko przechodzą na chwilę.
Przerwa, która miała być chwilą oddechu, staje się powoli pułapką.
Tą podstępną — bo nie widać krat, nie słychać zamka,
a jednak czuję, że coraz trudniej z niej wyjść.
Każdy dzień wygląda prawie tak samo.
Cisza nie jest już odpoczynkiem — jest ciężarem.
A świadomość, że nie mam wpływu na to, jak szybko wrócę do „normalności”,
podkopuje mnie od środka bardziej niż jakikolwiek ból.
I właśnie tutaj wchodzi ta puenta, którą muszę wreszcie powiedzieć na głos:
Najtrudniejsze w chorobie nie jest samo cierpienie.
Najtrudniejsze jest życie w miejscu, w którym nic nie zależy ode mnie
— i udawanie, że to mnie nie łamie.
Ale łamie.
Każdego dnia po trochu.
A ja zbieram te kawałki siebie, bo wierzę, że nawet jeśli teraz stoję w miejscu,
to kiedyś znowu ruszę.
Choćby o milimetr.
Byle do przodu.
Komentarze
Prześlij komentarz