Przejdź do głównej zawartości

Jak rozmawiać o marzeniach, które się oddaliły

Są pytania, które z pozoru są niewinne.
„A jakie masz plany?”
„Gdzie jedziesz na wakacje?”
„Co chciałabyś teraz robić?”

Dla wielu to zwykła rozmowa. Mała wymiana zdań, chwila lekkości.
Dla mnie – i dla wielu osób w podobnej sytuacji – to moment, w którym coś w środku cichnie.

Bo odpowiedzi nie są proste.

Kiedyś były.
Kiedyś marzenia przychodziły same, naturalnie. Miały kierunek, daty, kolory. Można było planować bez strachu, że ciało powie „stop”, że zdrowie znowu wszystko zweryfikuje. Dziś każde pytanie o przyszłość zahacza o niepewność.

Bo jak powiedzieć, że nie wiem?
Nie dlatego, że mi się nie chce.
Nie dlatego, że nie mam wyobraźni.
Tylko dlatego, że moje życie nauczyło mnie ostrożności.

Marzenia się nie skończyły. One się oddaliły.
Jakby ktoś przesunął je dalej, poza zasięg ręki. Nadal je widzę, nadal o nich myślę, ale wiem, że nie wszystko jest ode mnie zależne. Że czasem zdrowie ma ostatnie słowo.

Najtrudniej jest wtedy, gdy rozmówca nie chce sprawić przykrości, a jednak trafia w czuły punkt. Bo pytanie o plany przypomina o tym, ile rzeczy trzeba było odłożyć „na później”. A to „później” ciągle się przesuwa.

Czasem odpowiadam wymijająco.
Czasem żartem.
Czasem zmieniam temat.
Nie dlatego, że nie chcę się dzielić. Tylko dlatego, że nie mam siły tłumaczyć, dlaczego nie planuję z rozmachem. Dlaczego nie rezerwuję, nie deklaruję, nie obiecuję.

Bo życie nauczyło mnie jednego:
nie wszystkie marzenia da się zaplanować.
Nie wszystkie pytania mają gotowe odpowiedzi.

I może rozmowa o marzeniach, które się oddaliły, nie powinna polegać na wyliczaniu planów. Może wystarczy powiedzieć:
„Na razie skupiam się na tym, żeby było spokojniej.”
Albo:
„Zobaczymy, co przyniesie czas.”

To też jest odpowiedź.
Cicha, ostrożna, prawdziwa.

Bo marzenia nie zniknęły.
One po prostu nauczyły się czekać razem ze mną.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tęsknota za codziennością, która dawała siłę

 Są tacy, którzy mówią: „Nie lubię swojej pracy, robię to tylko dla pieniędzy”. Ja zawsze miałam inaczej. Praca była dla mnie czymś więcej – nie tylko obowiązkiem, ale miejscem, gdzie czułam się potrzebna, skupiona, żywa. Była moją odskocznią od domowych problemów, codziennych trosk i niepokoju. Gdy przekraczałam próg, wszystko zostawało za drzwiami – nie było już miejsca na zamartwianie się, na rozkładanie życia na czynniki pierwsze. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Praca wymagała ode mnie pełnej koncentracji, zaangażowania i odpowiedzialności. I dawała mi za to coś bardzo cennego – poczucie sensu, rytm, strukturę dnia. Od dłuższego czasu nie mogę jednak do niej wrócić. Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Ciało przestało współpracować, a ja musiałam się zatrzymać. I choć minęło już sporo czasu, tęsknota nie mija. Brakuje mi tej codziennej rutyny, porannych przygotowań, znajomych twarzy, odpowiedzialności – wszystkiego, co tworzyło moją „pracową rzeczywistość”. Bardzo ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Jak rozpoznać, że przesadziłaś z rehabilitacją – znaki, które ciało daje, zanim krzyknie

Nie zawsze to widać od razu. Czasem to tylko lekkie napięcie w plecach, które ignorujesz, bo przecież „to tylko zmęczenie”. Albo uczucie ciężkości w nogach po ćwiczeniach, które zamiast ustępować – narasta z każdym dniem. Ciało nie zawsze krzyczy od razu. Zwykle najpierw szepcze. A my – zapatrzone w cel, w poprawę, w liczby i powroty do „normalności” – uczymy się tych szeptów nie słyszeć. U mnie zaczyna się od zmiany nastroju. Takiego trudnego do uchwycenia rozdrażnienia. Później ciało dołącza do chóru – trudność ze snem, nieustępujący ból nawet po tabletkach, drętwienie, które wraca szybciej. I ten znajomy ciężar w lędźwiach, jakby ktoś położył mi tam worek z piaskiem. Znacie to? Miałam dni, kiedy ćwiczyłam lub chodziłam więcej, niż było trzeba. Bo przecież „już tyle umiem”, „tak dobrze szło”, „nie mogę sobie odpuścić”. A jednak ciało nie zna ambicji. Ono zna granice. I kiedy przekraczam je zbyt często, przypomina o sobie dobitnie. Co może być takim cichym sygnałem? uczucie zmęczenia ...