Przejdź do głównej zawartości

Kiedy już myślałam, że uczę się z tym żyć

Od jakiegoś czasu było we mnie… trochę ciszej.
Psychicznie zaczynałam się zbierać. Może nie mogę powiedzieć, że byłam pogodzona ze wszystkim, ale coraz częściej łapałam się na tym, że akceptuję to, co jest. Że przestaję walczyć z myślą „dlaczego ja”, a zaczynam powoli myśleć „jak teraz żyć”.

I wtedy życie znowu mnie kopnęło.
Tak po prostu. Bez ostrzeżenia.

Wiedziałam, czego szukają lekarze. Wiedziałam, w jakim kierunku idzie diagnostyka. Teoretycznie powinnam być przygotowana. Przecież człowiek, który tyle przeszedł, powinien już wiedzieć, jak to wygląda. A jednak… chyba nie da się przygotować na ciężką diagnozę. Nie da się jej przyjąć spokojnie, logicznie, bez emocji. Nawet jeśli w głowie wszystko się zgadza, serce i tak reaguje po swojemu.

Z jednej strony powinnam się cieszyć.
Wreszcie pojawia się konkret. Wreszcie leczenie ma dotyczyć choroby, a nie tylko łagodzenia bólu, gaszenia objawów, zamiatania wszystkiego pod dywan. To ogromna nadzieja. To krok do przodu.

A z drugiej strony… załamałam się.
Bo okazało się, że to chyba najgorsza z możliwych opcji. Taka, której najbardziej się bałam, choć nie chciałam tego przyznać nawet przed samą sobą.

Jakby tego było mało, kolejne badanie też dołożyło swoje. Jeszcze jedna cegiełka do plecaka, który już dawno jest za ciężki. I znowu zrobiło się strasznie przykro. Tak po ludzku. Tak do bólu.

Znowu zaczęłam myśleć o tym, ile mogłabym jeszcze w życiu, gdybym była zdrowa. Ile radości by mnie nie ominęło. Ile zwykłych, prostych rzeczy byłoby normalnością, a nie marzeniem. Wyjścia bez planowania. Ruch bez strachu. Śmiech bez liczenia, czy starczy mi na niego sił.

Bo nawet jeśli przyjdą lepsze dni – a wierzę, że przyjdą – to ta jedna myśl już zawsze będzie gdzieś z tyłu głowy.
„Uważaj.”
„Nie przesadzaj.”
„Pamiętaj, że jutro możesz nie wstać z bólu.”
„Ostrożnie, żeby czegoś nie złamać.”

To nie jest normalne życie.
To życie z ciągłym hamulcem bezpieczeństwa. Z czujnością, która nigdy nie zasypia. Z lękiem, który czasem tylko przycicha, ale nie znika.

I chyba najbardziej boli nie sama choroba.
Boli świadomość tego, ile trzeba będzie znowu odpuścić. Ile rzeczy obejrzeć z boku. Ile razy powiedzieć sobie „nie teraz”, „nie mogę”, „to nie dla mnie”.

Może kiedyś przyjdzie moment, w którym naprawdę wstanę.
Dziś jeszcze tylko siedzę w tym miejscu pomiędzy – między wiedzą a pogodzeniem się, między nadzieją a lękiem.
I to musi na razie wystarczyć.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tęsknota za codziennością, która dawała siłę

 Są tacy, którzy mówią: „Nie lubię swojej pracy, robię to tylko dla pieniędzy”. Ja zawsze miałam inaczej. Praca była dla mnie czymś więcej – nie tylko obowiązkiem, ale miejscem, gdzie czułam się potrzebna, skupiona, żywa. Była moją odskocznią od domowych problemów, codziennych trosk i niepokoju. Gdy przekraczałam próg, wszystko zostawało za drzwiami – nie było już miejsca na zamartwianie się, na rozkładanie życia na czynniki pierwsze. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Praca wymagała ode mnie pełnej koncentracji, zaangażowania i odpowiedzialności. I dawała mi za to coś bardzo cennego – poczucie sensu, rytm, strukturę dnia. Od dłuższego czasu nie mogę jednak do niej wrócić. Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Ciało przestało współpracować, a ja musiałam się zatrzymać. I choć minęło już sporo czasu, tęsknota nie mija. Brakuje mi tej codziennej rutyny, porannych przygotowań, znajomych twarzy, odpowiedzialności – wszystkiego, co tworzyło moją „pracową rzeczywistość”. Bardzo ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Jak rozpoznać, że przesadziłaś z rehabilitacją – znaki, które ciało daje, zanim krzyknie

Nie zawsze to widać od razu. Czasem to tylko lekkie napięcie w plecach, które ignorujesz, bo przecież „to tylko zmęczenie”. Albo uczucie ciężkości w nogach po ćwiczeniach, które zamiast ustępować – narasta z każdym dniem. Ciało nie zawsze krzyczy od razu. Zwykle najpierw szepcze. A my – zapatrzone w cel, w poprawę, w liczby i powroty do „normalności” – uczymy się tych szeptów nie słyszeć. U mnie zaczyna się od zmiany nastroju. Takiego trudnego do uchwycenia rozdrażnienia. Później ciało dołącza do chóru – trudność ze snem, nieustępujący ból nawet po tabletkach, drętwienie, które wraca szybciej. I ten znajomy ciężar w lędźwiach, jakby ktoś położył mi tam worek z piaskiem. Znacie to? Miałam dni, kiedy ćwiczyłam lub chodziłam więcej, niż było trzeba. Bo przecież „już tyle umiem”, „tak dobrze szło”, „nie mogę sobie odpuścić”. A jednak ciało nie zna ambicji. Ono zna granice. I kiedy przekraczam je zbyt często, przypomina o sobie dobitnie. Co może być takim cichym sygnałem? uczucie zmęczenia ...