Przejdź do głównej zawartości

Nowy rok nie zabiera bólu. Daje kolejny dzień, by iść dalej

Nowy rok nie wchodzi do mojego życia z hukiem fajerwerków.
Nie przynosi cudownego „resetu”.
Nie kasuje bólu jednym ruchem kalendarza.

Nowy rok przychodzi cicho.
Siada obok.
I mówi tylko jedno: „Jest kolejny dzień. Spróbujmy go przejść razem.”

Ból nie zna dat.
Nie wie, że skończył się grudzień, a zaczął styczeń.
Jest ten sam — uparty, przewlekły, obecny od rana do nocy.
Budzi się ze mną, kiedy otwieram oczy.
Kładzie się spać ze mną, kiedy wiercę się w łóżku, szukając pozycji, w której da się choć na chwilę zapomnieć.

Są dni, kiedy da się go oswoić.
Nauczyć się funkcjonować obok niego.
Oddychać płycej, wolniej, ostrożniej.
I są takie dni, kiedy nie boli już tylko ciało —
boli zmęczenie, bezsilność, strach i pytanie bez odpowiedzi: „Jak długo jeszcze?”

Nowy rok nie obiecuje, że będzie łatwiej.
Ale daje coś innego.
Daje ciągłość.
Daje możliwość postawienia stopy na ziemi jeszcze raz.
Daje prawo do słabszych dni i cichych zwycięstw, których nikt nie widzi.

Bo czasem zwycięstwem jest wstać z łóżka.
Czasem — wyjść z domu.
Czasem — odpuścić i pozwolić sobie na łzy.
A czasem po prostu przeżyć dzień bez udawania, że wszystko jest w porządku.

Nowy rok nie zabiera bólu.
Ale przypomina, że mimo niego wciąż jestem.
Wciąż idę.
Czasem wolno, czasem z przerwami, czasem na granicy sił —
ale do przodu.

I jeśli czegoś sobie życzę na ten nowy czas,
to nie cudów.
Nie wielkich obietnic.
Nie fałszywego „będzie dobrze”.

Życzę sobie spokoju.
Łagodności wobec samej siebie.
Siły, która nie krzyczy, tylko cicho pozwala zrobić kolejny krok.

Bo dziś to wystarczy.
Kolejny dzień.
I odwaga, by iść dalej — nawet wtedy, gdy boli.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Najpierw marnujemy zdrowie, żeby dojść do pieniędzy, a potem marnujemy pieniądze, żeby dojść do zdrowia

Kiedyś goniłam. Za pracą, za obowiązkami, za tym, żeby wszystko było „na czas”. Zdarzało się, że rezygnowałam ze snu, z odpoczynku, z chwili dla siebie – bo wydawało mi się, że muszę, że inaczej świat się zawali. Zdrowie zawsze odkładałam na później. Bo przecież młody organizm wytrzyma, bo tabletka przeciwbólowa wystarczy, bo „jakoś dam radę”. A potem przyszedł dzień, w którym to zdrowie wystawiło mi rachunek. I nagle wszystko, co wcześniej było najważniejsze – praca, obowiązki, bieganie od sprawy do sprawy – przestało mieć znaczenie. Liczyło się tylko jedno: odzyskać choć część tego, co bezpowrotnie straciłam. Dziś rozumiem, jak przewrotne jest życie. Najpierw dajemy z siebie wszystko, by zdobyć pieniądze. A kiedy już je mamy – wydajemy je na lekarzy, zabiegi, rehabilitację. Paradoks, którego nie dostrzega się wtedy, gdy biegnie się bez tchu. Teraz staram się żyć inaczej. Uczę się zatrzymywać, doceniać ciszę, słuchać własnego ciała. Wiem, że pieniądze nigdy nie zwrócą mi zdrowia. Ale ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...