Przejdź do głównej zawartości

Nie zmienia. Zabiera wszystko.

Często słyszę, że choroba „zmienia życie”.
Że „uczy pokory”.
Że „przewartościowuje”.

I za każdym razem mam w sobie cichy sprzeciw.

Bo ciężka choroba nie zmienia życia.
Ona je rozrywa.
W jednej chwili burzy wszystko, co było poukładane, znane, bezpieczne. Zostawia człowieka na gruzach codzienności, z pytaniem: co teraz? – i bez żadnej instrukcji, jak żyć dalej.

Jeszcze wczoraj było „normalnie”. Plany, obowiązki, praca, przyszłość. Dni wypełnione do granic możliwości. Myśl, że jutro będzie bardzo podobne do dziś. A potem przychodzi diagnoza. Albo objawy, których nie da się już zignorować. Albo moment, w którym ciało mówi „dość” – i już nie da się udawać, że to tylko gorszy dzień.

I nagle wszystko się kończy.
Nie powoli.
Nie stopniowo.
Tylko od razu.

Ciężka choroba nie pyta o gotowość. Nie daje czasu na pożegnanie starego życia. Zabiera samodzielność, poczucie kontroli, plany na przyszłość. Zostawia strach, ból i niepewność. Zostawia codzienność, która wygląda zupełnie inaczej niż ta, o której się marzyło.

Najtrudniejsze jest to, że świat wokół idzie dalej. Ludzie pracują, planują, śmieją się, narzekają na drobiazgi. A ty stoisz w miejscu. Zatrzymana w czasie, między badaniami, wizytami, wynikami. Między nadzieją a kolejnym rozczarowaniem.

Nie ma w tym nic romantycznego.
Nie ma „siły”, o której tak chętnie mówią inni.
Jest zwykłe przetrwanie. Dzień po dniu. Czasem godzina po godzinie.

Dopiero później, bardzo powoli, uczysz się żyć od nowa. Nie lepiej. Nie mądrzej. Po prostu inaczej. Z większą ostrożnością. Z ciągłym sprawdzaniem, czy jutro znowu nie runie to, co udało się poskładać.

Ciężka choroba niszczy życie, które było.
A to, które zostaje, trzeba budować na nowo — bez gwarancji, bez planów długoterminowych, bez pewności, że fundamenty są stabilne.

I to nie jest historia o tym, że „wszystko będzie dobrze”.
To jest historia o tym, że mimo zniszczeń, człowiek nadal oddycha. Nadal jest. Nadal próbuje.

Czasem to jedyne zwycięstwo, na jakie nas stać.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tęsknota za codziennością, która dawała siłę

 Są tacy, którzy mówią: „Nie lubię swojej pracy, robię to tylko dla pieniędzy”. Ja zawsze miałam inaczej. Praca była dla mnie czymś więcej – nie tylko obowiązkiem, ale miejscem, gdzie czułam się potrzebna, skupiona, żywa. Była moją odskocznią od domowych problemów, codziennych trosk i niepokoju. Gdy przekraczałam próg, wszystko zostawało za drzwiami – nie było już miejsca na zamartwianie się, na rozkładanie życia na czynniki pierwsze. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Praca wymagała ode mnie pełnej koncentracji, zaangażowania i odpowiedzialności. I dawała mi za to coś bardzo cennego – poczucie sensu, rytm, strukturę dnia. Od dłuższego czasu nie mogę jednak do niej wrócić. Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Ciało przestało współpracować, a ja musiałam się zatrzymać. I choć minęło już sporo czasu, tęsknota nie mija. Brakuje mi tej codziennej rutyny, porannych przygotowań, znajomych twarzy, odpowiedzialności – wszystkiego, co tworzyło moją „pracową rzeczywistość”. Bardzo ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Jak rozpoznać, że przesadziłaś z rehabilitacją – znaki, które ciało daje, zanim krzyknie

Nie zawsze to widać od razu. Czasem to tylko lekkie napięcie w plecach, które ignorujesz, bo przecież „to tylko zmęczenie”. Albo uczucie ciężkości w nogach po ćwiczeniach, które zamiast ustępować – narasta z każdym dniem. Ciało nie zawsze krzyczy od razu. Zwykle najpierw szepcze. A my – zapatrzone w cel, w poprawę, w liczby i powroty do „normalności” – uczymy się tych szeptów nie słyszeć. U mnie zaczyna się od zmiany nastroju. Takiego trudnego do uchwycenia rozdrażnienia. Później ciało dołącza do chóru – trudność ze snem, nieustępujący ból nawet po tabletkach, drętwienie, które wraca szybciej. I ten znajomy ciężar w lędźwiach, jakby ktoś położył mi tam worek z piaskiem. Znacie to? Miałam dni, kiedy ćwiczyłam lub chodziłam więcej, niż było trzeba. Bo przecież „już tyle umiem”, „tak dobrze szło”, „nie mogę sobie odpuścić”. A jednak ciało nie zna ambicji. Ono zna granice. I kiedy przekraczam je zbyt często, przypomina o sobie dobitnie. Co może być takim cichym sygnałem? uczucie zmęczenia ...