Przejdź do głównej zawartości

Dziękuję, że jesteście. To ma sens.

Czasem naprawdę trudno ubrać wdzięczność w słowa.
A jednak bardzo chcę spróbować.

Ten wpis jest dla Was.
Dla tych, którzy są tu cicho, regularnie, bez fajerwerków.
Dla tych, którzy czytają, wracają, zostawiają komentarz albo wiadomość.
Dla tych, którzy odważyli się opisać swoje historie – często bolesne, trudne, bardzo osobiste.

To wszystko pokazuje mi jedno: to, co robię, ma sens.
Że to pisanie nie jest na darmo.
Że po drugiej stronie ekranu są ludzie, którzy tego potrzebują.
Którzy odnajdują w moich słowach kawałek siebie, ulgę, zrozumienie albo po prostu poczucie, że nie są sami.

Dziękuję także tym, którzy kupili moją książkę.
To coś więcej niż wsparcie finansowe – to znak, że chcecie iść ze mną kawałek tej drogi.
Że moje doświadczenia, przemyślenia i słowa są dla Was ważne.
Dzięki Wam mogę dalej pisać, działać i być tu – prawdziwie, bez masek.

Jest w tym wszystkim coś bardzo gorzkiego.
Bo prawda jest taka, że strasznie dużo z nas cierpi.
Z różnych powodów, na różne sposoby.
I choć serce boli na myśl, ile osób zmaga się z bólem, chorobą, samotnością czy bezradnością, to jednocześnie daje mi siłę świadomość, że mogę Wam w jakiś sposób pomóc.
Choćby słowem.
Choćby myślą.
Choćby tym, że ktoś przeczyta i pomyśli: „To dokładnie o mnie.”

Bo czasem nawet najgorsze dni łatwiej przejść razem niż w pojedynkę.
A czasem paradoksalnie łatwiej otworzyć się przed obcymi niż przed najbliższymi.

Ja też tak miałam.
Ten blog długo był moim azylem tylko dla Was – dla ludzi, których nie znałam.
Wylewałam tu wszystko z siebie, a nikt z bliskich nie miał pojęcia, że to istnieje.
I może właśnie dlatego potrafiłam być tu tak szczera.

Dziękuję Wam za obecność.
Za zaufanie.
Za każde słowo, każdą historię, każdy znak, że jesteście.

To dzięki Wam wiem, że warto pisać dalej.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Najpierw marnujemy zdrowie, żeby dojść do pieniędzy, a potem marnujemy pieniądze, żeby dojść do zdrowia

Kiedyś goniłam. Za pracą, za obowiązkami, za tym, żeby wszystko było „na czas”. Zdarzało się, że rezygnowałam ze snu, z odpoczynku, z chwili dla siebie – bo wydawało mi się, że muszę, że inaczej świat się zawali. Zdrowie zawsze odkładałam na później. Bo przecież młody organizm wytrzyma, bo tabletka przeciwbólowa wystarczy, bo „jakoś dam radę”. A potem przyszedł dzień, w którym to zdrowie wystawiło mi rachunek. I nagle wszystko, co wcześniej było najważniejsze – praca, obowiązki, bieganie od sprawy do sprawy – przestało mieć znaczenie. Liczyło się tylko jedno: odzyskać choć część tego, co bezpowrotnie straciłam. Dziś rozumiem, jak przewrotne jest życie. Najpierw dajemy z siebie wszystko, by zdobyć pieniądze. A kiedy już je mamy – wydajemy je na lekarzy, zabiegi, rehabilitację. Paradoks, którego nie dostrzega się wtedy, gdy biegnie się bez tchu. Teraz staram się żyć inaczej. Uczę się zatrzymywać, doceniać ciszę, słuchać własnego ciała. Wiem, że pieniądze nigdy nie zwrócą mi zdrowia. Ale ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...