Przejdź do głównej zawartości

Mistrzyni planowania

Kiedyś planowanie kojarzyło mi się z listą zakupów, godziną wyjścia z domu i ewentualnie pytaniem: „a może jeszcze kawę po drodze?”
Dziś? Dziś mogłabym prowadzić szkolenia z logistyki na poziomie mistrzowskim.

U mnie nie istnieje coś takiego jak wyjście spontaniczne.
Nie ma: „a chodźmy na chwilę”, „wpadniemy tylko na moment” albo „zobaczymy, jak będzie”.
Nie zobaczymy.
U mnie wszystko jest zaplanowane.

Każde wyjście z domu zaczyna się od poważnej narady… ze sobą samą.
Gdzie idę?
Na ile?
Czy będzie siedzenie, stanie, chodzenie czy wersja hard: wszystko naraz?
Czy to wyjazd krótki, średni, czy może wyprawa życia?

Potem przechodzimy do etapu farmaceutycznego.
Jakie tabletki wziąć?
Ile?
Które „na już”, które „na wszelki wypadek”, a które „gdyby świat się zawalił”?
Czy wziąć dawkę standardową, czy wersję „na bohatera”, który musi przetrwać dłużej niż planował?

Kolejny punkt programu: leżenie strategiczne.
Tak, leżenie też trzeba zaplanować.
Ile godzin wcześniej muszę poleżeć, żeby „naładować baterie”?
Czy wystarczy pół godziny, czy potrzebny jest pełny tryb oszczędzania energii z absolutnym minimum ruchów?

Oczywiście jest też pakowanie.
Torebka u mnie to nie jest zwykła torebka.
To mobilny punkt dowodzenia.
Tabletki, zapas tabletek, coś na ból, coś na wszelki wypadek, coś „bo lepiej mieć niż nie mieć”.
I jeszcze miejsce na nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem.

A plan… plan musi się zgadzać co do minuty.
Bo każda minuta za długo to ryzyko.
Ryzyko bólu, zmęczenia i myśli: „trzeba było jednak zostać w domu”.

Śmieję się z tego, bo co mi zostało?
Skoro nie mogę być spontaniczna, to przynajmniej będę perfekcyjnie zorganizowana.
Skoro nie mogę wyskoczyć z domu bez zastanowienia, to wyjdę jak generał na misję specjalną.

I wiecie co?
W tej całej absurdalnej codzienności odkryłam jedno:
jeśli już muszę planować wszystko, to robię to po mistrzowsku.

Niech inni planują wakacje.
Ja planuję wyjście z domu.
I to dopiero jest sztuka.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Koniec wakacji – radość i strach w jednym

Wakacje dobiegają końca. Dla wielu dzieci to czas ekscytacji, dla rodziców – często ulga, że wraca codzienna rutyna. A ja? Ja mam w sobie mieszankę dwóch skrajnych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że mój syn wraca do szkoły. Widzę, jak bardzo go to cieszy, jak odnajduje się w tym, co robi. To nie jest tylko obowiązek – to jego pasja. On naprawdę lubi się uczyć tego, co wybrał. I kiedy patrzę na niego, wiem, że jest we właściwym miejscu, że robi coś, co go napędza i daje mu radość. Ale z drugiej strony… jestem trochę przerażona. Bo kiedy on będzie w szkole, ja zostanę sama w domu. I choć zawsze jakoś sobie radzę, to brak jego obecności odczuję bardzo mocno. On jest dla mnie ogromnym wsparciem, taką moją opoką. Wiem, że mogę na niego liczyć w każdej chwili. Czasem odpowie „zaraz” albo „teraz mam ważne”, ale koniec końców zawsze robi to, o co go poproszę. Ciężko będzie mi się przyzwyczaić do tej ciszy, do tego, że nie ma go tu obok. Do tego, że nie mogę w każdej chwili poprosić o pomoc ...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...