Przejdź do głównej zawartości

Kiedy ciało nie nadąża za marzeniami

Są takie dni, w których głowa pędzi w jedną stronę, a ciało zostaje daleko z tyłu — jakby ktoś nagle odciął część mnie od reszty świata. I w tym właśnie rozdźwięku, w tej bolesnej przestrzeni pomiędzy „chcę” a „mogę”, rodzi się najtrudniejsza lekcja choroby.

Bo ja naprawdę wciąż mam marzenia.
Może nie takie wielkie jak kiedyś, może bardziej przyziemne, bardziej ciche — ale są.
Chciałabym robić więcej, chodzić dalej, żyć szybciej, angażować się mocniej. Chciałabym znów mieć dni, w których nie myślę o bólu, zmęczeniu, ograniczeniach. Dni, w których ciało po prostu działa, zamiast stale przypominać o tym, że jest chore, zasadnicze, nieprzewidywalne.

Ale choroba ma inny rytm.
Inny kalendarz.
Inne tempo.

I często to właśnie ona decyduje, gdzie kończy się mój zapał, a zaczyna granica, której przekroczyć już nie mogę. To jest chyba najtrudniejsze — zaakceptować, że ciało, które kiedyś było oczywistością, teraz stało się delikatnym mechanizmem, który łatwo przeciążyć, złamać, nadwyrężyć.

Bywa, że marzenia budzą się rano, a ja dopiero po kilku godzinach wstaję z łóżka.
Bywa, że planuję coś z wyprzedzeniem, a ciało brutalnie mówi: „nie dzisiaj”.
Bywa, że w środku mnie pali się ogień — a z zewnątrz wyglądam na osobę, która musi odpuścić kolejny raz.

I boli.
Bo to nie jest kwestia lenistwa.
To nie jest brak chęci.
To jest życie w ciele, które czasem nie nadąża za sercem.

A jednak… uczę się.
Uczę się wybierać to, co możliwe, zamiast tonąć w tym, co utracone.
Uczę się marzyć inaczej — czasem wolniej, czasem skromniej, czasem bardzo ostrożnie.
Uczę się odpuszczać bez poczucia porażki.
Uczę się przyjmować każdy dzień takim, jaki jest — nie takim, jakim chciałabym go mieć.

I w tym wszystkim odkrywam prawdę, która długo do mnie nie docierała:
marzenia nie znikają tylko dlatego, że ciało nie nadąża.
One po prostu zmieniają formę. Zmieniam ich tempo. Zmieniam sposób, w jaki po nie sięgam.

Może kiedyś będę mogła więcej.
Może kiedyś dogonię to, o czym dziś tylko myślę.
A może po drodze odkryję marzenia, o których wcześniej nawet nie śmiałabym pomyśleć.

Na razie idę swoim tempem — czasem wolno, czasem bardzo wolno — ale wciąż do przodu.
Bo nawet jeśli ciało nie nadąża za marzeniami, to serce nadal potrafi je nosić. I to ono uczy mnie, że warto próbować, choćby małymi krokami.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Najpierw marnujemy zdrowie, żeby dojść do pieniędzy, a potem marnujemy pieniądze, żeby dojść do zdrowia

Kiedyś goniłam. Za pracą, za obowiązkami, za tym, żeby wszystko było „na czas”. Zdarzało się, że rezygnowałam ze snu, z odpoczynku, z chwili dla siebie – bo wydawało mi się, że muszę, że inaczej świat się zawali. Zdrowie zawsze odkładałam na później. Bo przecież młody organizm wytrzyma, bo tabletka przeciwbólowa wystarczy, bo „jakoś dam radę”. A potem przyszedł dzień, w którym to zdrowie wystawiło mi rachunek. I nagle wszystko, co wcześniej było najważniejsze – praca, obowiązki, bieganie od sprawy do sprawy – przestało mieć znaczenie. Liczyło się tylko jedno: odzyskać choć część tego, co bezpowrotnie straciłam. Dziś rozumiem, jak przewrotne jest życie. Najpierw dajemy z siebie wszystko, by zdobyć pieniądze. A kiedy już je mamy – wydajemy je na lekarzy, zabiegi, rehabilitację. Paradoks, którego nie dostrzega się wtedy, gdy biegnie się bez tchu. Teraz staram się żyć inaczej. Uczę się zatrzymywać, doceniać ciszę, słuchać własnego ciała. Wiem, że pieniądze nigdy nie zwrócą mi zdrowia. Ale ...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...