Mówią, że kiedy tracisz wszelką wiarę, musisz uwierzyć w cuda.
Tylko nikt nie mówi, jak bardzo to jest trudne.
Bo wiara nie przychodzi na zawołanie.
Nie pojawia się dlatego, że bardzo jej potrzebujesz.
Czasem trzeba ją z siebie wydobywać resztkami sił — wtedy, kiedy właściwie już nic w Tobie nie zostało.
Ja już próbowałam.
Naprawdę próbowałam uwierzyć.
Ostatnio było inaczej.
Była nadzieja.
Była radość — taka cicha, ostrożna, jakby bała się, że ktoś ją zauważy i zaraz odbierze.
Pozwoliłam sobie pomyśleć, że może tym razem się uda.
Że może dostanę chociaż chwilę wytchnienia.
Dwa, trzy tygodnie bez bólu.
Bez walki o każdy ruch, o każdy oddech, o każdy dzień.
To nie było marzenie o wielkim szczęściu.
To było marzenie o normalności.
I znowu… nie wyszło.
Znowu zostałam z czymś, co miało pomóc, a przyniosło tylko skutki uboczne.
Znowu moje ciało nie dało mi tej krótkiej przerwy, o którą tak bardzo prosiłam.
Ból nie odpuścił.
Nawet na chwilę.
I w takich momentach naprawdę trudno wierzyć w cokolwiek.
Trudno wierzyć w leczenie.
Trudno wierzyć w przyszłość.
Trudno wierzyć, że jeszcze kiedyś będzie dobrze.
Zaczynam znowu się cofać.
Znowu gdzieś w środku pojawia się myśl, że może to wszystko nie ma sensu.
Że może dla mnie tej normalności po prostu nie ma.
A jednak… gdzieś bardzo głęboko, pod tym zmęczeniem, pod bólem, pod rozczarowaniem — zostaje coś jeszcze.
Coś bardzo cichego.
Prawie niesłyszalnego.
Może to właśnie jest ta resztka wiary.
Nie taka silna, jaką chciałabym mieć.
Nie taka, która daje pewność.
Ale taka, która nie pozwala się całkiem poddać.
Może właśnie o to chodzi w cudach.
Nie o to, że wszystko nagle znika.
Tylko o to, że mimo tylu rozczarowań… wciąż próbujesz uwierzyć jeszcze raz.
Komentarze
Prześlij komentarz