Są momenty w życiu, kiedy czekanie jest najtrudniejsze.
Niepewność potrafi zmęczyć bardziej niż najgorsza prawda.
Miesiące badań.
Kolejne wizyty.
Nadzieja przeplatana strachem.
I w końcu jest — odpowiedź.
Wreszcie wszystkie wyniki ułożyły się w jedną całość.
Wreszcie ktoś spojrzał na to wszystko i powiedział: „wiemy, z czym się mierzysz”.
To dziwne uczucie.
Z jednej strony ulga — bo to nie było „w mojej głowie”, bo ten ból, to zmęczenie, ta codzienna walka mają swoją przyczynę.
Z drugiej strony strach — bo wiem, co to oznacza.
To choroba, która powoli odbiera ruch.
Która sprawia, że ciało zaczyna się zamykać w sobie.
Stawy, które powinny dawać swobodę — zaczynają się zrastać.
Krok po kroku. Dzień po dniu.
Aż w końcu mogą przestać się poruszać.
To choroba, która nie zatrzymuje się tylko na jednym miejscu.
Może sięgnąć dalej — do płuc, do serca, do nerek, do oczu.
Może zabrać nie tylko sprawność, ale i spokój.
A jeśli zostanie bez leczenia…
prowadzi do trwałego inwalidztwa, do życia w ciągłym zmęczeniu, do bólu, który nie daje wytchnienia. Takiego bólu, który nie jest epizodem — tylko codziennością.
Dlatego dziś, mimo tego wszystkiego, czuję coś, czego dawno nie czułam.
Nadzieję.
Bo ta diagnoza to nie koniec.
To początek.
Początek drogi do leczenia.
Początek kwalifikacji do programu, który może zatrzymać to, co nieodwracalne.
Może spowolnić to, co do tej pory wymykało się spod kontroli.
I pierwszy raz od dawna mam poczucie, że ktoś wyciąga do mnie rękę.
Że nie jestem z tym sama.
Nie wiem jeszcze, co będzie dalej.
Nie wiem, jak potoczy się leczenie.
Ale wiem jedno — chcę walczyć.
O każdy ruch.
O każdy dzień bez bólu.
O każdą chwilę, w której moje ciało pozwoli mi po prostu żyć.
I może właśnie na tym polega siła codzienności.
Nie na tym, że wszystko jest dobrze.
Tylko na tym, że mimo wszystko… idziemy dalej.
Komentarze
Prześlij komentarz