Przejdź do głównej zawartości

Rok „Siły codzienności”

Minął właśnie rok.
Rok od momentu, kiedy powstała „Siła codzienności”.

Nie wiedziałam wtedy, dokąd mnie to zaprowadzi. Nie wiedziałam, czy ktokolwiek będzie chciał czytać moje słowa, czy ktoś odnajdzie w nich cząstkę siebie. To miało być trochę dla mnie… trochę, żeby poukładać myśli, wyrzucić z siebie to, co najtrudniejsze.

A stało się czymś o wiele większym.

Dzięki Wam.

Dzięki Waszym historiom, które często były równie trudne, a czasem jeszcze trudniejsze niż moje. Dzięki Waszym wiadomościom, komentarzom, dobrym słowom — tym wszystkim małym gestom, które dla kogoś z zewnątrz mogą wydawać się drobiazgiem, a dla mnie były czymś, co trzymało mnie na powierzchni.

To właśnie dzięki Wam udało mi się przetrwać najgorszy moment mojej choroby.
Największe uderzenie depresji.
Załamanie, które wydawało się nie do przejścia.
I ten najtrudniejszy etap — brak pogodzenia się ze swoją niepełnosprawnością.

Byliście wtedy.
Czytaliście.
Pisaliście.
Czasem po prostu byliście w ciszy — ale nawet to miało ogromne znaczenie.

Dziś wiem, że „Siła codzienności” to nie tylko blog.
To przestrzeń, która nas połączyła.
To miejsce, w którym nie trzeba udawać, że jest dobrze, kiedy nie jest.

Z całego serca dziękuję Wam za ten wspólny rok.
Za każdą przeczytaną linijkę.
Za każde dobre słowo.
Za każdą historię, którą się ze mną podzieliliście.

Mam nadzieję, że to dopiero początek.
Że przed nami kolejne wspólne lata.
Kolejne historie, które będą nas łączyć.
I że z czasem — każdy z nas — nauczy się żyć ze swoją chorobą w zgodzie, trochę spokojniej, trochę łagodniej dla siebie.

„Siła codzienności” jest dla Was.
A Wy jesteście dla „Siły codzienności”.

Pamiętajcie o tym.
I trzymajmy się wspólnie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Armia Aniołów

Ta choroba nauczyła mnie zrozumienia. Nie tylko bólu, który odbiera siły i zmienia codzienność, ale przede wszystkim zrozumienia drugiego człowieka. Zrozumienia, jak kruche potrafi być życie i jak wielką moc ma obecność kogoś, kto po prostu jest. Zrozumiałam, że wiele w naszym życiu zależy od ludzi, którymi się otaczamy. Od tego, czy w trudnej chwili ktoś poda rękę, napisze kilka ciepłych słów, czy po prostu zapyta: „Jak się czujesz?” — i naprawdę poczeka na odpowiedź. Zrozumiałam, że dobra energia, bliskość i szczerość potrafią uleczyć więcej niż niejeden lek. Że jedna rozmowa potrafi uciszyć ból, a jedno spojrzenie może dać siłę, której już w sobie nie widzieliśmy. Wielokrotnie przekonałam się, jak ważne są relacje — te prawdziwe, pielęgnowane, oparte na wzajemnym szacunku i trosce. Że czasem jedna osoba, pojawiając się niespodziewanie, potrafi zmienić całe nasze spojrzenie na świat. I że nie zawsze są to ci, których się spodziewaliśmy. Czasem to zupełnie inni ludzie — cisi, ale obec...

Koniec wakacji – radość i strach w jednym

Wakacje dobiegają końca. Dla wielu dzieci to czas ekscytacji, dla rodziców – często ulga, że wraca codzienna rutyna. A ja? Ja mam w sobie mieszankę dwóch skrajnych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że mój syn wraca do szkoły. Widzę, jak bardzo go to cieszy, jak odnajduje się w tym, co robi. To nie jest tylko obowiązek – to jego pasja. On naprawdę lubi się uczyć tego, co wybrał. I kiedy patrzę na niego, wiem, że jest we właściwym miejscu, że robi coś, co go napędza i daje mu radość. Ale z drugiej strony… jestem trochę przerażona. Bo kiedy on będzie w szkole, ja zostanę sama w domu. I choć zawsze jakoś sobie radzę, to brak jego obecności odczuję bardzo mocno. On jest dla mnie ogromnym wsparciem, taką moją opoką. Wiem, że mogę na niego liczyć w każdej chwili. Czasem odpowie „zaraz” albo „teraz mam ważne”, ale koniec końców zawsze robi to, o co go poproszę. Ciężko będzie mi się przyzwyczaić do tej ciszy, do tego, że nie ma go tu obok. Do tego, że nie mogę w każdej chwili poprosić o pomoc ...