Przejdź do głównej zawartości

Lęk, którego nikt nie rozumie

Są takie lęki, o których bardzo trudno opowiadać"

Nie dlatego, że brakuje słów.

Dlatego, że większość ludzi nigdy ich nie doświadczyła.

Bo jak wytłumaczyć komuś zdrowemu, że można bać się własnego organizmu?

Że można bać się nie tego, co wydarzy się za rok czy za dziesięć lat, ale tego, co może wydarzyć się za godzinę.

Kiedy człowiek żyje z poważną chorobą, zwłaszcza taką, która może prowadzić do niepełnosprawności, powikłań, a czasem nawet śmierci, zaczyna inaczej patrzeć na świat.

Nagle zwykłe rzeczy przestają być takie zwykłe.

Wyjazd pociągiem.

Lot samolotem.

Pobyt za granicą.

Dłuższy spacer.

Samotny dzień w domu.

To wszystko staje się źródłem pytań, których zdrowi ludzie często nawet nie mają w głowie.

A co, jeśli coś stanie się właśnie wtedy?

A co, jeśli będę sama?

A co, jeśli nie zdążę wezwać pomocy?

A co, jeśli objawy pojawią się w pociągu, gdzie nie ma lekarza?

Albo w samolocie, kilka kilometrów nad ziemią?

Albo za granicą, gdzie trudno będzie dogadać się z personelem medycznym?

Dla wielu osób to czarnowidztwo.

Przesada.

Niepotrzebne zamartwianie się.

Ale bardzo często mówią to ludzie, którzy nigdy nie przeżyli sytuacji, w której ich własne ciało nagle odmówiło współpracy.

Nigdy nie usłyszeli diagnozy, która wywraca życie do góry nogami.

Nigdy nie poczuli, że zdrowie, które wydawało się oczywiste, może zniknąć w jednej chwili.

Najtrudniejsze jest to, że ten lęk nie bierze się z wyobraźni.

On bierze się z doświadczenia.

Z tego, co już się wydarzyło.

Z chwil, które pokazały, że organizm potrafi zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie.

Dlatego tak bardzo irytują mnie czasem słowa:

„Przecież się leczysz.”

„Nic się nie stanie.”

„Nie przesadzaj.”

„To co, nie będziesz nigdzie jeździć, bo się boisz?”

Gdyby to było takie proste...

Przecież ja też chciałabym żyć beztrosko.

Wsiadać do pociągu bez analizowania, gdzie znajduje się najbliższy szpital.

Wyjeżdżać za granicę bez sprawdzania, jak działa tamtejsza służba zdrowia.

Nie zastanawiać się, czy zabrałam wszystkie leki.

Nie myśleć o tym, co zrobię, jeśli nagle poczuję się gorzej.

Ale choroba zabiera część tej beztroski.

I choć bardzo się staram, nie potrafię udawać, że tego lęku nie ma.

Bo jest.

Towarzyszy mi częściej, niż chciałabym przyznać.

Nie oznacza jednak, że się poddaję.

Mimo tego lęku wychodzę z domu.

Mimo tego lęku planuję przyszłość.

Mimo tego lęku próbuję żyć.

Bo odwaga nie polega na braku strachu.

Odwaga polega na tym, że robimy coś pomimo niego.

Chciałabym tylko, żeby ludzie zrozumieli jedną rzecz.

Osoba przewlekle chora nie potrzebuje zapewnień, że „na pewno nic się nie stanie”.

Bo nikt tego nie wie.

Znacznie bardziej potrzebuje zrozumienia.

Potrzebuje usłyszeć:

„Rozumiem, że się boisz.”

„To musiało być trudne.”

„Jestem obok.”

Czasem właśnie takie słowa znaczą więcej niż wszystkie dobre rady świata.

Bo lęk, którego nikt nie rozumie, staje się jeszcze cięższy.

A lęk, który ktoś po prostu przyjmie i zaakceptuje, choć na chwilę staje się łatwiejszy do uniesienia.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Armia Aniołów

Ta choroba nauczyła mnie zrozumienia. Nie tylko bólu, który odbiera siły i zmienia codzienność, ale przede wszystkim zrozumienia drugiego człowieka. Zrozumienia, jak kruche potrafi być życie i jak wielką moc ma obecność kogoś, kto po prostu jest. Zrozumiałam, że wiele w naszym życiu zależy od ludzi, którymi się otaczamy. Od tego, czy w trudnej chwili ktoś poda rękę, napisze kilka ciepłych słów, czy po prostu zapyta: „Jak się czujesz?” — i naprawdę poczeka na odpowiedź. Zrozumiałam, że dobra energia, bliskość i szczerość potrafią uleczyć więcej niż niejeden lek. Że jedna rozmowa potrafi uciszyć ból, a jedno spojrzenie może dać siłę, której już w sobie nie widzieliśmy. Wielokrotnie przekonałam się, jak ważne są relacje — te prawdziwe, pielęgnowane, oparte na wzajemnym szacunku i trosce. Że czasem jedna osoba, pojawiając się niespodziewanie, potrafi zmienić całe nasze spojrzenie na świat. I że nie zawsze są to ci, których się spodziewaliśmy. Czasem to zupełnie inni ludzie — cisi, ale obec...

Koniec wakacji – radość i strach w jednym

Wakacje dobiegają końca. Dla wielu dzieci to czas ekscytacji, dla rodziców – często ulga, że wraca codzienna rutyna. A ja? Ja mam w sobie mieszankę dwóch skrajnych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że mój syn wraca do szkoły. Widzę, jak bardzo go to cieszy, jak odnajduje się w tym, co robi. To nie jest tylko obowiązek – to jego pasja. On naprawdę lubi się uczyć tego, co wybrał. I kiedy patrzę na niego, wiem, że jest we właściwym miejscu, że robi coś, co go napędza i daje mu radość. Ale z drugiej strony… jestem trochę przerażona. Bo kiedy on będzie w szkole, ja zostanę sama w domu. I choć zawsze jakoś sobie radzę, to brak jego obecności odczuję bardzo mocno. On jest dla mnie ogromnym wsparciem, taką moją opoką. Wiem, że mogę na niego liczyć w każdej chwili. Czasem odpowie „zaraz” albo „teraz mam ważne”, ale koniec końców zawsze robi to, o co go poproszę. Ciężko będzie mi się przyzwyczaić do tej ciszy, do tego, że nie ma go tu obok. Do tego, że nie mogę w każdej chwili poprosić o pomoc ...