Przejdź do głównej zawartości

Są noce, kiedy depresja nie wierzy w lepsze jutro

Chciałabym napisać, że już jest dobrze.
Że leki zadziałały, że depresja została gdzieś daleko za mną, że śpię spokojnie każdej nocy i budzę się wypoczęta, gotowa na nowy dzień.

Bardzo chciałabym.

Ale prawda jest trochę inna.

Tak, jest lepiej niż kiedyś. Znacznie lepiej. Są dni, kiedy potrafię się uśmiechać, cieszyć drobiazgami, planować coś na przyszłość. Są chwile, kiedy naprawdę wierzę, że jeszcze wiele dobrego przede mną.

Ale są też noce.

Noce, kiedy mimo leków sen nie przychodzi tak, jak powinien. Kiedy budzę się nad ranem i nie potrafię już zasnąć. Kiedy głowa przypomina sobie wszystko, o czym przez cały dzień próbowałam nie myśleć.

Są noce, kiedy w ciemności wszystkie lęki wydają się większe.

Kiedy wracają pytania bez odpowiedzi.

Kiedy człowiek zastanawia się, czy jeszcze kiedyś będzie żył bez bólu, bez strachu, bez ciągłego analizowania wyników badań i kolejnych wizyt u lekarzy.

Depresja jest podstępna.

Nawet wtedy, gdy jest już lepiej, potrafi od czasu do czasu przypomnieć o swoim istnieniu.

A bezsenność jest jej wierną towarzyszką.

Czasem leżę w łóżku i myślę o tym, jak bardzo zmieniło się moje życie. O wszystkim, co straciłam. O wszystkich planach, które musiałam schować głęboko do szuflady. O tej dawnej sobie, której momentami tak bardzo brakuje.

I wtedy przychodzi smutek.

Nie taki gwałtowny.

Cichy.

Taki, który siada obok i po prostu jest.

Przez długi czas miałam do siebie pretensje o takie chwile.

Przecież biorę leki.

Przecież się leczę.

Przecież powinnam już sobie radzić.

Dzisiaj wiem, że to tak nie działa.

Nie da się przeżyć ciężkiej choroby, przewlekłego bólu, strachu o własne zdrowie i przyszłość, a potem po prostu nacisnąć przycisku „reset”.

Psychika też potrzebuje czasu.

Czasem nawet więcej niż ciało.

Dlatego jeśli ktoś z Was również bierze leki, a mimo to nadal miewa gorsze dni czy bezsenne noce, chciałabym powiedzieć jedno:

To nie znaczy, że ponieśliście porażkę.

To nie znaczy, że leczenie nie działa.

To nie znaczy, że już zawsze będzie źle.

To oznacza tylko tyle, że jesteście ludźmi, którzy przeszli przez bardzo wiele.

Ja też wciąż się uczę żyć z tym wszystkim.

Uczę się nie wymagać od siebie perfekcyjnego samopoczucia.

Uczę się akceptować, że zdrowienie nie jest prostą drogą, ale raczej krętą ścieżką pełną lepszych i gorszych dni.

I uczę się czegoś jeszcze.

Że nawet najdłuższa noc kiedyś się kończy.

A skoro tyle już przetrwaliśmy, to może warto dać sobie prawo do słabości, do zmęczenia i do łez.

Bo czasem największą odwagą nie jest bycie silnym.

Czasem największą odwagą jest po prostu doczekanie kolejnego poranka i danie sobie następnej szansy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Najpierw marnujemy zdrowie, żeby dojść do pieniędzy, a potem marnujemy pieniądze, żeby dojść do zdrowia

Kiedyś goniłam. Za pracą, za obowiązkami, za tym, żeby wszystko było „na czas”. Zdarzało się, że rezygnowałam ze snu, z odpoczynku, z chwili dla siebie – bo wydawało mi się, że muszę, że inaczej świat się zawali. Zdrowie zawsze odkładałam na później. Bo przecież młody organizm wytrzyma, bo tabletka przeciwbólowa wystarczy, bo „jakoś dam radę”. A potem przyszedł dzień, w którym to zdrowie wystawiło mi rachunek. I nagle wszystko, co wcześniej było najważniejsze – praca, obowiązki, bieganie od sprawy do sprawy – przestało mieć znaczenie. Liczyło się tylko jedno: odzyskać choć część tego, co bezpowrotnie straciłam. Dziś rozumiem, jak przewrotne jest życie. Najpierw dajemy z siebie wszystko, by zdobyć pieniądze. A kiedy już je mamy – wydajemy je na lekarzy, zabiegi, rehabilitację. Paradoks, którego nie dostrzega się wtedy, gdy biegnie się bez tchu. Teraz staram się żyć inaczej. Uczę się zatrzymywać, doceniać ciszę, słuchać własnego ciała. Wiem, że pieniądze nigdy nie zwrócą mi zdrowia. Ale ...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...