Przejdź do głównej zawartości

Kiedy nawet wakacje przestają cieszyć...

Jeszcze kilka lat temu o tej porze nie mogłam usiedzieć w miejscu.

Walizki były już prawie spakowane. Lista rzeczy odhaczona. W głowie odliczanie dni, a czasem nawet godzin do wyjazdu. Uwielbiałam ten moment. Samo planowanie sprawiało mi ogromną radość.

A w tym roku...

W tym roku jest zupełnie inaczej.

Wakacje zbliżają się wielkimi krokami, a ja jakoś nie potrafię się nimi cieszyć.

Walizki nadal stoją puste.

Nic mnie nie ciągnie do pakowania.

Nie odliczam dni.

Nie wyobrażam sobie, co będę robić na miejscu.

To dla mnie bardzo dziwne, bo pierwszy raz w życiu zamiast ekscytacji czuję przede wszystkim... lęk.

Oczywiście chcę spędzić ten czas z moim synem i mężem. Chcę patrzeć, jak odpoczywają, śmieją się i cieszą wspólnymi chwilami.

Ale gdybym mogła wybierać...

Chyba wolałabym zostać gdzieś blisko domu.

Największy strach budzi we mnie sam lot samolotem.

Nie dlatego, że boję się wysokości.

Boję się czegoś zupełnie innego.

A co, jeśli coś stanie się właśnie tam?

Kilka kilometrów nad ziemią.

Tam, gdzie nie przyjedzie karetka.

Gdzie nie będzie SOR-u.

Gdzie nie da się powiedzieć: „Proszę szybko wezwać neurologa.”

To są myśli, których kiedyś w ogóle nie miałam.

Dzisiaj pojawiają się same.

I wiem, że dla wielu osób brzmią irracjonalnie.

Słyszę:

„Przecież nic się nie stanie.”

„Nie nakręcaj się.”

„Przesadzasz.”

Może rzeczywiście z boku tak to wygląda.

Ale bardzo trudno zrozumieć taki lęk komuś, kto nigdy nie doświadczył poważnej choroby.

Komuś, kto nigdy nie przeżył udaru ani incydentu TIA.

Komuś, kto nie wie, jak to jest obudzić się z myślą, że własny organizm potrafi zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie.

Takie doświadczenia zostają z człowiekiem.

Zmieniają sposób myślenia.

Odbierają część beztroski.

Nie chcę żyć w strachu.

Naprawdę nie chcę.

Bardzo próbuję z nim walczyć.

Próbuję nie pozwolić, żeby odebrał mi kolejne wspomnienia z rodziną.

Ale nie będę udawać, że go nie ma.

Bo jest.

I chyba właśnie o tym jest choroba.

Nie tylko o bólu, lekach i wynikach badań.

Jest też o lękach, których wcześniej nie było.

O ostrożności, która kiedyś wydawała się niepotrzebna.

O ciągłym pytaniu: „A co, jeśli...?”

Mam jednak nadzieję, że kiedy już wyruszymy, uda mi się choć na chwilę uciszyć te wszystkie myśli. Że zamiast wsłuchiwać się w swój strach, będę mogła wsłuchać się w śmiech mojego syna i po prostu pobyć z najbliższymi.

A teraz chciałabym zapytać Was.

Czy choroba też zabrała Wam poczucie bezpieczeństwa?

Czy są rzeczy, których kiedyś w ogóle się nie baliście, a dziś wywołują w Was lęk?

Jeśli macie ochotę, podzielcie się swoją historią.

Bo czasem świadomość, że nie jest się samemu z tymi emocjami, daje więcej siły niż najpiękniejsze słowa.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...

Koniec wakacji – radość i strach w jednym

Wakacje dobiegają końca. Dla wielu dzieci to czas ekscytacji, dla rodziców – często ulga, że wraca codzienna rutyna. A ja? Ja mam w sobie mieszankę dwóch skrajnych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że mój syn wraca do szkoły. Widzę, jak bardzo go to cieszy, jak odnajduje się w tym, co robi. To nie jest tylko obowiązek – to jego pasja. On naprawdę lubi się uczyć tego, co wybrał. I kiedy patrzę na niego, wiem, że jest we właściwym miejscu, że robi coś, co go napędza i daje mu radość. Ale z drugiej strony… jestem trochę przerażona. Bo kiedy on będzie w szkole, ja zostanę sama w domu. I choć zawsze jakoś sobie radzę, to brak jego obecności odczuję bardzo mocno. On jest dla mnie ogromnym wsparciem, taką moją opoką. Wiem, że mogę na niego liczyć w każdej chwili. Czasem odpowie „zaraz” albo „teraz mam ważne”, ale koniec końców zawsze robi to, o co go poproszę. Ciężko będzie mi się przyzwyczaić do tej ciszy, do tego, że nie ma go tu obok. Do tego, że nie mogę w każdej chwili poprosić o pomoc ...