Przejdź do głównej zawartości

TIA – ostrzeżenie, którego nie wolno zlekceważyć

Są takie chwile w życiu, które trwają zaledwie kilka minut, a mogą zmienić wszystko.

Większość ludzi nigdy nie słyszała o TIA, czyli przemijającym ataku niedokrwiennym. A jeśli już słyszała, to często nie zdaje sobie sprawy, jak poważnym jest zagrożeniem.

Sama jeszcze jakiś czas temu nie przypuszczałabym, że coś takiego może dotyczyć również ludzi młodych. Że może pojawić się nagle, bez ostrzeżenia, w zwyczajny dzień, który niczym nie różni się od innych.

Bo właśnie takie jest TIA.

Przychodzi niespodziewanie.

Nagle zaczyna drętwieć ręka albo noga. Pojawiają się zaburzenia mowy. Człowiek nie może znaleźć słów, czuje się dziwnie, ma problemy z widzeniem albo równowagą. Czasem objawy mijają po kilku minutach, czasem po kilkunastu.

I właśnie wtedy popełnia się największy błąd.

Objawy ustępują, więc człowiek wzdycha z ulgą i myśli:

„Pewnie to zmęczenie.” „Może spadło mi ciśnienie.” „To pewnie nic takiego.”

Tylko że bardzo często nie jest to „nic takiego”.

TIA nazywany jest miniudarem, ale ta nazwa bywa myląca. Bo nie jest to mały problem. To bardzo poważne ostrzeżenie wysłane przez organizm.

To sygnał mówiący:

„Uważaj. Coś jest nie tak. Następnym razem mogę nie zdążyć Cię ostrzec.”

Lekarze podkreślają, że po przemijającym ataku niedokrwiennym znacząco wzrasta ryzyko kolejnego takiego epizodu albo pełnoobjawowego udaru.

I właśnie to przeraża mnie najbardziej.

Dziś wiem, że zdrowie potrafi zmienić się w jednej chwili. Wiem też, że nie warto udawać bohatera i przeczekiwać niepokojących objawów.

Mój organizm już dwa razy wysłał mi takie ostrzeżenie.

Dwa razy dał mi szansę.

Dwa razy powiedział: „Zatrzymaj się i zwróć uwagę na to, co się dzieje.”

Dzisiaj patrzę na to zupełnie inaczej niż kiedyś.

Mam dziecko.

Mam rodzinę.

Mam ludzi, których kocham i dla których chcę żyć jak najdłużej.

Dlatego wiem jedno.

Jeżeli kiedykolwiek pojawi się kolejny nawet kilkuminutowy atak, nie będę się zastanawiać. Nie będę szukać wymówek ani tłumaczyć sobie, że „zaraz przejdzie”.

Pojadę na SOR.

Bo kilka godzin spędzonych na badaniach to niewielka cena za zdrowie, sprawność i życie.

Piszę ten tekst dlatego, że być może ktoś z Was nigdy wcześniej nie słyszał o TIA. Być może ktoś właśnie przypomniał sobie podobny epizod sprzed kilku tygodni lub miesięcy.

Jeżeli tak było — nie bagatelizujcie tego.

Nie czekajcie.

Nie zakładajcie, że skoro nie straciliście przytomności, to wszystko jest w porządku.

Organizm często ostrzega nas szeptem, zanim zacznie krzyczeć.

Słuchajcie tych szeptów.

Dbajcie o siebie.

Kontrolujcie ciśnienie, cholesterol, poziom cukru we krwi. Nie odkładajcie badań na później. Reagujcie na niepokojące objawy.

Bo czasem kilka minut może zdecydować o całym dalszym życiu.

A ja bardzo chciałabym nigdy nie powiedzieć:

„Do trzech razy sztuka.”

Pilnujcie się.

Naprawdę warto.

Bo jak mówi stare powiedzenie – i w tym przypadku jest ono wyjątkowo prawdziwe:

Lepiej zapobiegać niż leczyć.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...

Najpierw marnujemy zdrowie, żeby dojść do pieniędzy, a potem marnujemy pieniądze, żeby dojść do zdrowia

Kiedyś goniłam. Za pracą, za obowiązkami, za tym, żeby wszystko było „na czas”. Zdarzało się, że rezygnowałam ze snu, z odpoczynku, z chwili dla siebie – bo wydawało mi się, że muszę, że inaczej świat się zawali. Zdrowie zawsze odkładałam na później. Bo przecież młody organizm wytrzyma, bo tabletka przeciwbólowa wystarczy, bo „jakoś dam radę”. A potem przyszedł dzień, w którym to zdrowie wystawiło mi rachunek. I nagle wszystko, co wcześniej było najważniejsze – praca, obowiązki, bieganie od sprawy do sprawy – przestało mieć znaczenie. Liczyło się tylko jedno: odzyskać choć część tego, co bezpowrotnie straciłam. Dziś rozumiem, jak przewrotne jest życie. Najpierw dajemy z siebie wszystko, by zdobyć pieniądze. A kiedy już je mamy – wydajemy je na lekarzy, zabiegi, rehabilitację. Paradoks, którego nie dostrzega się wtedy, gdy biegnie się bez tchu. Teraz staram się żyć inaczej. Uczę się zatrzymywać, doceniać ciszę, słuchać własnego ciała. Wiem, że pieniądze nigdy nie zwrócą mi zdrowia. Ale ...