Przejdź do głównej zawartości

Dwa lata, których nie potrafię unieść

Są takie daty, do których człowiek nie chce wracać. Takie okresy, o których chciałby po prostu zapomnieć — wymazać je z pamięci, zmyć z siebie jak ciężki, gęsty kurz. A jednak one wracają… szczególnie wtedy, gdy zbliża się kolejna rocznica tego, co zabrało mi dawną siebie.

Za chwilę miną dwa lata.
Dwa lata życia w bólu, który nie odpuszczał ani na chwilę.
Dwa lata budzenia się z myślą, że dziś znowu muszę jakoś przetrwać.
Dwa lata, w których moje ciało krzyczało głośniej niż ja sama.

To były najgorsze dwa lata mojego życia.

Dwa lata coraz mocniejszych tabletek przeciwbólowych, które miały przynieść ulgę — a wnosiły tylko nowe skutki uboczne i jeszcze większy lęk.
Dwa lata, w których każdy dzień zamiast cieszyć, przypominał o ograniczeniach.
Dwa lata, w których coraz częściej płakałam z bezsilności, ze złości i z żalu do siebie samej.

Czasem krzyczałam w poduszkę.
Czasem nie miałam już siły krzyczeć.
Czasem nienawidziłam swojego ciała tak bardzo, że trudno było mi na nie patrzeć bez bólu — nie tylko tego fizycznego.

Bo ciało stało się więzieniem.
Zdradą.
Ciągłym przypomnieniem, że już nie jestem tą, którą byłam.

I jeszcze jedno — przez te dwa lata nauczyłam się, jak okrutne potrafią być myśli. Jak bardzo potrafię obwiniać siebie za coś, na co nie miałam żadnego wpływu. Jak łatwo jest zgubić poczucie własnej wartości, gdy każdy dzień staje się walką o kilka kroków, kilka godzin, kilka oddechów bez bólu.

Chciałabym o tym zapomnieć.
Naprawdę.
Wyciąć te dwa lata jak kartki z pamiętnika, spalić je i nigdy więcej do nich nie wracać. Ale wiem, że tak się nie da. Że one są częścią mnie — nawet jeśli wciąż trudno mi je przyjąć, nawet jeśli nadal czuję sprzeciw, bunt i niedowierzanie.

Może kiedyś będę umiała spojrzeć na ten czas inaczej.
Może kiedyś dostrzegę w nim coś więcej niż cierpienie.
Może kiedyś… ale jeszcze nie dziś.

Dziś po prostu pozwalam sobie powiedzieć głośno:

To były dwa lata, których nikt nie powinien przeżyć.
Dwa lata, które zmieniły mnie na zawsze.
Dwa lata, których wciąż uczę się odpuścić.

I może właśnie w tym odpuszczaniu kryje się początek czegoś nowego.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...

Najpierw marnujemy zdrowie, żeby dojść do pieniędzy, a potem marnujemy pieniądze, żeby dojść do zdrowia

Kiedyś goniłam. Za pracą, za obowiązkami, za tym, żeby wszystko było „na czas”. Zdarzało się, że rezygnowałam ze snu, z odpoczynku, z chwili dla siebie – bo wydawało mi się, że muszę, że inaczej świat się zawali. Zdrowie zawsze odkładałam na później. Bo przecież młody organizm wytrzyma, bo tabletka przeciwbólowa wystarczy, bo „jakoś dam radę”. A potem przyszedł dzień, w którym to zdrowie wystawiło mi rachunek. I nagle wszystko, co wcześniej było najważniejsze – praca, obowiązki, bieganie od sprawy do sprawy – przestało mieć znaczenie. Liczyło się tylko jedno: odzyskać choć część tego, co bezpowrotnie straciłam. Dziś rozumiem, jak przewrotne jest życie. Najpierw dajemy z siebie wszystko, by zdobyć pieniądze. A kiedy już je mamy – wydajemy je na lekarzy, zabiegi, rehabilitację. Paradoks, którego nie dostrzega się wtedy, gdy biegnie się bez tchu. Teraz staram się żyć inaczej. Uczę się zatrzymywać, doceniać ciszę, słuchać własnego ciała. Wiem, że pieniądze nigdy nie zwrócą mi zdrowia. Ale ...