Przejdź do głównej zawartości

Radość jest potrzebą, siłą i wartością życia

Przez długi czas myślałam, że radość to dodatek. Coś, na co można sobie pozwolić, kiedy wszystko inne jest już poukładane. Kiedy zdrowie dopisuje, kiedy życie idzie zgodnie z planem, kiedy nie trzeba się martwić. Dziś wiem, jak bardzo się myliłam.

Radość nie jest nagrodą za dobre życie. Radość jest potrzebą. Taką samą jak oddech, spokój, poczucie bezpieczeństwa. Bez niej człowiek zaczyna gasnąć, nawet jeśli z zewnątrz „wszystko jakoś się trzyma”.

Choroba bardzo szybko weryfikuje pojęcie radości. Zabiera to, co było oczywiste. Odbiera spontaniczność, lekkość, plany. I nagle okazuje się, że radość nie ma już wielkich rozmiarów. Nie jest podróżą, imprezą, listą marzeń do odhaczenia. Radość kurczy się do drobiazgów. Do momentów. Do chwil, które trzeba nauczyć się zauważać.

Dla mnie radością bywa dzień z mniejszym bólem. Zwykła rozmowa, która nie męczy. Śmiech mojego dziecka. Ciepłe światło za oknem. Poczucie, że choć na moment nie muszę walczyć. To nie są rzeczy, które kiedyś uznałabym za „wielkie szczęście”. A dziś są bezcenne.

Radość stała się też siłą. Cichą, niepozorną, ale upartą. Taką, która pozwala wstać w gorszy dzień. Która przypomina, że mimo wszystko nadal jestem tu. Nadal czuję. Nadal potrafię się uśmiechnąć, nawet jeśli ten uśmiech jest czasem kruchy i niepewny.

Zrozumiałam też, że radość to wartość. Nie luksus. Nie egoizm. Nie coś, co trzeba sobie odebrać, bo „nie wypada cieszyć się, kiedy jest ciężko”. Właśnie wtedy radość jest najbardziej potrzebna. Jak kotwica. Jak światło, które nie pozwala zupełnie odpłynąć w ciemność.

Nie mam dziś wielkich oczekiwań wobec życia. Ale mam jedno ciche postanowienie: nie odmawiać sobie radości tam, gdzie ona jeszcze chce do mnie przyjść. Nawet jeśli jest mała. Nawet jeśli trwa chwilę. Nawet jeśli jutro znów będzie trudno.

Bo radość nie sprawia, że problemy znikają. Ale sprawia, że człowiek ma siłę, żeby przez nie przejść. A to już naprawdę bardzo dużo.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Armia Aniołów

Ta choroba nauczyła mnie zrozumienia. Nie tylko bólu, który odbiera siły i zmienia codzienność, ale przede wszystkim zrozumienia drugiego człowieka. Zrozumienia, jak kruche potrafi być życie i jak wielką moc ma obecność kogoś, kto po prostu jest. Zrozumiałam, że wiele w naszym życiu zależy od ludzi, którymi się otaczamy. Od tego, czy w trudnej chwili ktoś poda rękę, napisze kilka ciepłych słów, czy po prostu zapyta: „Jak się czujesz?” — i naprawdę poczeka na odpowiedź. Zrozumiałam, że dobra energia, bliskość i szczerość potrafią uleczyć więcej niż niejeden lek. Że jedna rozmowa potrafi uciszyć ból, a jedno spojrzenie może dać siłę, której już w sobie nie widzieliśmy. Wielokrotnie przekonałam się, jak ważne są relacje — te prawdziwe, pielęgnowane, oparte na wzajemnym szacunku i trosce. Że czasem jedna osoba, pojawiając się niespodziewanie, potrafi zmienić całe nasze spojrzenie na świat. I że nie zawsze są to ci, których się spodziewaliśmy. Czasem to zupełnie inni ludzie — cisi, ale obec...

Koniec wakacji – radość i strach w jednym

Wakacje dobiegają końca. Dla wielu dzieci to czas ekscytacji, dla rodziców – często ulga, że wraca codzienna rutyna. A ja? Ja mam w sobie mieszankę dwóch skrajnych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że mój syn wraca do szkoły. Widzę, jak bardzo go to cieszy, jak odnajduje się w tym, co robi. To nie jest tylko obowiązek – to jego pasja. On naprawdę lubi się uczyć tego, co wybrał. I kiedy patrzę na niego, wiem, że jest we właściwym miejscu, że robi coś, co go napędza i daje mu radość. Ale z drugiej strony… jestem trochę przerażona. Bo kiedy on będzie w szkole, ja zostanę sama w domu. I choć zawsze jakoś sobie radzę, to brak jego obecności odczuję bardzo mocno. On jest dla mnie ogromnym wsparciem, taką moją opoką. Wiem, że mogę na niego liczyć w każdej chwili. Czasem odpowie „zaraz” albo „teraz mam ważne”, ale koniec końców zawsze robi to, o co go poproszę. Ciężko będzie mi się przyzwyczaić do tej ciszy, do tego, że nie ma go tu obok. Do tego, że nie mogę w każdej chwili poprosić o pomoc ...