Chciałam dziś poruszyć temat, o którym mówi się zdecydowanie za rzadko. Temat, którego wielu ludzi po prostu nie rozumie, bo… go nie widać.
W naszym społecznym wyobrażeniu niepełnosprawność ma bardzo konkretny obraz.
Wózek inwalidzki.
Kule do chodzenia.
Opatrunki, gips, widoczne ograniczenia.
Jeśli tego nie ma — wiele osób automatycznie zakłada, że człowiek jest zdrowy i w pełni sprawny.
Tymczasem istnieje coś takiego jak niewidoczna niepełnosprawność. I jest ona znacznie częstsza, niż mogłoby się wydawać.
To choroby przewlekłe, neurologiczne, autoimmunologiczne, bólowe. To schorzenia, które nie zawsze widać na pierwszy rzut oka, ale które potrafią każdego dnia odbierać człowiekowi siłę, energię i poczucie normalności.
Czasem ktoś, kto wychodzi z domu, uśmiecha się, pracuje czy spotyka z ludźmi, musiał wcześniej połknąć garść tabletek przeciwbólowych, żeby w ogóle móc funkcjonować.
Czasem ktoś, kto stoi obok nas w kolejce, od kilku godzin zmaga się z bólem, zawrotami głowy, drętwieniem kończyn czy ogromnym zmęczeniem.
Ale tego nie widać.
Nie widać też tego, ile wysiłku kosztuje zwykłe wyjście z domu.
Ile planowania wymaga dzień.
Ile razy trzeba z czegoś zrezygnować, choć bardzo chciałoby się żyć tak jak kiedyś.
Dlatego zanim pomyślimy o kimś:
„Przecież wygląda dobrze”
albo
„Skoro wyszedł z domu, to chyba nie jest tak źle” —
warto się na chwilę zatrzymać.
Bo nie każda walka jest widoczna.
Nie każdy ból ma opatrunek.
I nie każda niepełnosprawność ma swój symbol w postaci wózka czy kul.
Czasem jest po prostu cicha.
Ukryta w codzienności.
I tym trudniejsza, że wielu ludzi wciąż jej nie dostrzega.
Komentarze
Prześlij komentarz