Przejdź do głównej zawartości

Niewidoczna niepełnosprawność

Chciałam dziś poruszyć temat, o którym mówi się zdecydowanie za rzadko. Temat, którego wielu ludzi po prostu nie rozumie, bo… go nie widać.

W naszym społecznym wyobrażeniu niepełnosprawność ma bardzo konkretny obraz.
Wózek inwalidzki.
Kule do chodzenia.
Opatrunki, gips, widoczne ograniczenia.

Jeśli tego nie ma — wiele osób automatycznie zakłada, że człowiek jest zdrowy i w pełni sprawny.

Tymczasem istnieje coś takiego jak niewidoczna niepełnosprawność. I jest ona znacznie częstsza, niż mogłoby się wydawać.

To choroby przewlekłe, neurologiczne, autoimmunologiczne, bólowe. To schorzenia, które nie zawsze widać na pierwszy rzut oka, ale które potrafią każdego dnia odbierać człowiekowi siłę, energię i poczucie normalności.

Czasem ktoś, kto wychodzi z domu, uśmiecha się, pracuje czy spotyka z ludźmi, musiał wcześniej połknąć garść tabletek przeciwbólowych, żeby w ogóle móc funkcjonować.

Czasem ktoś, kto stoi obok nas w kolejce, od kilku godzin zmaga się z bólem, zawrotami głowy, drętwieniem kończyn czy ogromnym zmęczeniem.

Ale tego nie widać.

Nie widać też tego, ile wysiłku kosztuje zwykłe wyjście z domu.
Ile planowania wymaga dzień.
Ile razy trzeba z czegoś zrezygnować, choć bardzo chciałoby się żyć tak jak kiedyś.

Dlatego zanim pomyślimy o kimś:
„Przecież wygląda dobrze”
albo
„Skoro wyszedł z domu, to chyba nie jest tak źle” —
warto się na chwilę zatrzymać.

Bo nie każda walka jest widoczna.
Nie każdy ból ma opatrunek.
I nie każda niepełnosprawność ma swój symbol w postaci wózka czy kul.

Czasem jest po prostu cicha.
Ukryta w codzienności.
I tym trudniejsza, że wielu ludzi wciąż jej nie dostrzega.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Armia Aniołów

Ta choroba nauczyła mnie zrozumienia. Nie tylko bólu, który odbiera siły i zmienia codzienność, ale przede wszystkim zrozumienia drugiego człowieka. Zrozumienia, jak kruche potrafi być życie i jak wielką moc ma obecność kogoś, kto po prostu jest. Zrozumiałam, że wiele w naszym życiu zależy od ludzi, którymi się otaczamy. Od tego, czy w trudnej chwili ktoś poda rękę, napisze kilka ciepłych słów, czy po prostu zapyta: „Jak się czujesz?” — i naprawdę poczeka na odpowiedź. Zrozumiałam, że dobra energia, bliskość i szczerość potrafią uleczyć więcej niż niejeden lek. Że jedna rozmowa potrafi uciszyć ból, a jedno spojrzenie może dać siłę, której już w sobie nie widzieliśmy. Wielokrotnie przekonałam się, jak ważne są relacje — te prawdziwe, pielęgnowane, oparte na wzajemnym szacunku i trosce. Że czasem jedna osoba, pojawiając się niespodziewanie, potrafi zmienić całe nasze spojrzenie na świat. I że nie zawsze są to ci, których się spodziewaliśmy. Czasem to zupełnie inni ludzie — cisi, ale obec...

Koniec wakacji – radość i strach w jednym

Wakacje dobiegają końca. Dla wielu dzieci to czas ekscytacji, dla rodziców – często ulga, że wraca codzienna rutyna. A ja? Ja mam w sobie mieszankę dwóch skrajnych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że mój syn wraca do szkoły. Widzę, jak bardzo go to cieszy, jak odnajduje się w tym, co robi. To nie jest tylko obowiązek – to jego pasja. On naprawdę lubi się uczyć tego, co wybrał. I kiedy patrzę na niego, wiem, że jest we właściwym miejscu, że robi coś, co go napędza i daje mu radość. Ale z drugiej strony… jestem trochę przerażona. Bo kiedy on będzie w szkole, ja zostanę sama w domu. I choć zawsze jakoś sobie radzę, to brak jego obecności odczuję bardzo mocno. On jest dla mnie ogromnym wsparciem, taką moją opoką. Wiem, że mogę na niego liczyć w każdej chwili. Czasem odpowie „zaraz” albo „teraz mam ważne”, ale koniec końców zawsze robi to, o co go poproszę. Ciężko będzie mi się przyzwyczaić do tej ciszy, do tego, że nie ma go tu obok. Do tego, że nie mogę w każdej chwili poprosić o pomoc ...