Przez większość życia uczymy się marzyć „na bogato”.
O dalekich podróżach, wielkich planach, sukcesach, o życiu pełnym intensywnych barw. Marzenia mają być spektakularne, widoczne, godne opowiadania innym.
A choroba bardzo szybko porządkuje tę hierarchię.
Dziś moje marzenia są inne. Cichsze. Skromniejsze. Takie, które mieszczą się w zwykłym dniu.
Marzę o poranku bez bólu.
O nocy, w której zasnę bez wiercenia się z boku na bok.
O dniu, w którym nie będę musiała planować wszystkiego pod objawy, leki i granice swojego ciała.
Marzę o spacerze bez liczenia kroków.
O wyjściu z domu bez stresu, czy dam radę wrócić.
O zwykłej samodzielności, która kiedyś była tak oczywista, że nawet nie zasługiwała na miano marzenia.
Kiedyś myślałam, że to za mało.
Że takie marzenia są „zbyt małe”, niewystarczające, mało ambitne.
Dziś wiem, że są ogromne. Bo okupione doświadczeniem, bólem i stratą.
Nie wszystkie marzenia muszą być wielkie, żeby były ważne.
Nie wszystkie muszą imponować innym.
Niektóre są tylko dla nas – po to, żeby przetrwać trudniejszy dzień, znaleźć sens w codzienności i mieć po co wstać rano z łóżka.
Moje marzenia nie krzyczą.
One szepczą.
Ale to właśnie one trzymają mnie przy życiu i dają siłę, by iść dalej – powoli, ostrożnie, na własnych zasadach.
I to mi dziś wystarcza.
Komentarze
Prześlij komentarz