Przejdź do głównej zawartości

Tory, które zostaną w moim sercu

Są pożegnania, do których nie da się przygotować. Nawet jeśli człowiek wie, że nadejdą. Nawet jeśli życie już wcześniej zaczęło powoli zmieniać kierunek.

Przez wiele lat kolej była częścią mojego życia. A właściwie czymś więcej niż tylko pracą. Bo ja tam nie chodziłam „do pracy”. Ja robiłam coś, co naprawdę lubiłam. Co dawało mi satysfakcję, poczucie sensu i przynależności.

To właśnie tam poznałam wielu wspaniałych ludzi. Takich, którzy pokazali mi, czym jest prawdziwa solidarność. Wzajemna pomoc. Zwykła ludzka życzliwość. W tej pracy bardzo szybko człowiek przekonuje się, że nie jest sam. Że obok są ludzie, na których można liczyć w trudnej chwili.

Z czasem z tych codziennych relacji rodzi się coś więcej. Zżycie. Zaufanie. Poczucie, że tworzy się razem pewną wspólnotę.

Dlatego to pożegnanie jest dla mnie tak trudne.

Bardzo ciężko było mi zebrać się w sobie, żeby pojechać na posterunki ten ostatni raz. Wiedziałam, że to już koniec pewnego etapu. Że zamykam drzwi miejsca, które przez lata było częścią mojej codzienności.

Ale dziś wiem, że było warto. Bo właśnie wtedy najmocniej przekonałam się, wśród jak cudownych ludzi było mi dane pracować przez te wszystkie lata.

Wasze słowa, gesty, uściski i sposób, w jaki mnie pożegnaliście, pokazały mi coś bardzo ważnego. Pokazały, że znaczyłam dla Was coś więcej niż tylko współpracownik. I że to wszystko, co razem budowaliśmy przez lata, naprawdę miało sens.

Za to jestem ogromnie wdzięczna.

Jest mi bardzo przykro, że muszę się z Wami żegnać. Nie dlatego, że przestałam lubić swoją pracę. Wręcz przeciwnie. Gdyby życie potoczyło się inaczej, pewnie dalej chodziłabym tam z tą samą radością jak kiedyś.

Ale los napisał dla mnie inny scenariusz.

Teraz przede mną renta. Kolejne szpitale. Leczenie. Rehabilitacja. Codzienna próba odzyskania choć części sprawności i samodzielności.

Nie wiem, co przyniesie przyszłość. Nie wiem, czy kiedyś będę mogła wrócić do pracy. Ale jedno wiem na pewno — jeśli kiedykolwiek jeszcze będę miała taką możliwość, bardzo trudno będzie znaleźć drugie takie miejsce jak to.

Bo nie wszędzie spotyka się takich ludzi.

Dlatego dziś chcę po prostu powiedzieć jedno słowo.

Dziękuję.

Za wszystkie lata.
Za każdą pomocną dłoń.
Za rozmowy, śmiech i wspólne chwile.
Za to, że mogłam być częścią tego świata.

Choć moje życie jedzie teraz innym torem, wspomnienia z tamtych lat zostaną ze mną na zawsze.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Najpierw marnujemy zdrowie, żeby dojść do pieniędzy, a potem marnujemy pieniądze, żeby dojść do zdrowia

Kiedyś goniłam. Za pracą, za obowiązkami, za tym, żeby wszystko było „na czas”. Zdarzało się, że rezygnowałam ze snu, z odpoczynku, z chwili dla siebie – bo wydawało mi się, że muszę, że inaczej świat się zawali. Zdrowie zawsze odkładałam na później. Bo przecież młody organizm wytrzyma, bo tabletka przeciwbólowa wystarczy, bo „jakoś dam radę”. A potem przyszedł dzień, w którym to zdrowie wystawiło mi rachunek. I nagle wszystko, co wcześniej było najważniejsze – praca, obowiązki, bieganie od sprawy do sprawy – przestało mieć znaczenie. Liczyło się tylko jedno: odzyskać choć część tego, co bezpowrotnie straciłam. Dziś rozumiem, jak przewrotne jest życie. Najpierw dajemy z siebie wszystko, by zdobyć pieniądze. A kiedy już je mamy – wydajemy je na lekarzy, zabiegi, rehabilitację. Paradoks, którego nie dostrzega się wtedy, gdy biegnie się bez tchu. Teraz staram się żyć inaczej. Uczę się zatrzymywać, doceniać ciszę, słuchać własnego ciała. Wiem, że pieniądze nigdy nie zwrócą mi zdrowia. Ale ...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...