Są takie noce, kiedy najbardziej na świecie chciałabym po prostu zasnąć.
Nie rozwiązać wszystkich problemów. Nie znaleźć odpowiedzi na każde pytanie. Nie być silna.
Po prostu zasnąć.
Ale czasem moje ciało nie pozwala mi nawet na ten mały odpoczynek. Leżę, zamykam oczy i czekam, aż ból choć trochę odpuści. Czekam na tę chwilę, kiedy mięśnie przestaną być napięte, kiedy kręgosłup pozwoli zapomnieć o sobie, kiedy głowa w końcu przestanie walczyć.
Ale są noce, kiedy nawet leki nie pomagają zasnąć.
I wtedy zaczyna się najtrudniejsza walka. Nie tylko z bólem. Z własnymi myślami.
Bo noc ma to do siebie, że wszystko staje się głośniejsze. W dzień można się czymś zająć. Można odwrócić uwagę, porozmawiać z kimś, zrobić choć małą rzecz, która na chwilę pozwala nie myśleć.
A w nocy zostaję sama.
Ja, cisza i ból.
I wtedy wracają pytania, których tak bardzo nie chcę słyszeć.
„Za co?”
„Dlaczego ja?”
„Co będzie dalej, skoro już teraz jest tak trudno?”
„Czy leczenie biologiczne naprawdę mi pomoże, kiedy w końcu je dostanę?”
Tyle razy próbowałam sobie tłumaczyć, że muszę być cierpliwa. Że trzeba czekać. Że jeszcze będzie lepiej. Że przecież są możliwości leczenia, że medycyna idzie do przodu.
Ale są takie momenty, kiedy człowiek jest po prostu zmęczony czekaniem.
Ostatnio coraz częściej mam wrażenie, że jest ze mną gorzej. Że zamiast iść do przodu, znowu robię kilka kroków w tył. Że wraca zwątpienie, które już kiedyś próbowałam pokonać. Że pesymizm coraz częściej zagląda do mojego życia, a chęci i wiara chowają się gdzieś głęboko.
I chyba najbardziej boli mnie właśnie to, że znam tę wersję siebie.
Tę, która zaczyna tracić nadzieję.
Tę, która pyta: „ile jeszcze?”
Tę, która czasem nie chce już walczyć, bo jest zwyczajnie zmęczona ciągłą walką.
Każda taka noc jest kolejnym ciosem. Bo kiedy nie możesz spać z bólu, nie odpoczywa ani ciało, ani głowa. A zmęczony człowiek zaczyna wierzyć w najciemniejsze myśli.
W nocy problemy wydają się większe. Przyszłość bardziej przeraża. A nadzieja wydaje się odległa.
Ale rano przychodzi kolejny dzień.
Czasem lepszy. Czasem taki sam. Czasem trudny od pierwszych minut.
I choć dziś piszę te słowa ze łzami w oczach i ogromnym zmęczeniem, gdzieś głęboko wciąż jest ta część mnie, która nie chce się poddać. Ta, która nadal czeka na lepszy dzień. Na moment, kiedy ból choć trochę ucichnie. Na chwilę, kiedy znowu poczuję, że moje życie to coś więcej niż leczenie, badania i walka o każdy spokojniejszy dzień.
Komentarze
Prześlij komentarz