Są takie dni, kiedy patrząc na mnie z boku, można by pomyśleć, że wszystko jest w porządku. Coś zrobię w domu, spróbuję popracować, gdzieś pojadę, zażartuję, zaśmieję się z czegoś. Czasami nawet sama na chwilę zapominam o tym, co mnie boli i martwi. Przez moment czuję się tak, jakby życie pozwalało mi wrócić do tego, co kiedyś było zwyczajne. Do codzienności, w której nie trzeba wszystkiego planować wokół bólu, zmęczenia i własnych ograniczeń.
Ale potem przychodzi chwila, w której znów czuję, że nic nie jest takie proste.
Bo to, że coś zrobiłam, nie oznacza, że nie kosztowało mnie to wysiłku. To, że gdzieś pojechałam, nie znaczy, że dobrze się czuję. A to, że się śmieję, wcale nie oznacza, że nie mam powodów do płaczu.
Nie wszystko, co boli, widać. I nie wszystko, co niewidoczne, boli mniej.
Mój ból nie zawsze mieści się w tym, co można zobaczyć. Czasami jest fizyczny, uporczywy, męczący. Przypomina o sobie wtedy, kiedy chciałabym po prostu usiąść i odpocząć, kiedy próbuję zrobić coś, co kiedyś nie wymagało ode mnie żadnego zastanowienia. Bywa, że zwykła czynność staje się wyzwaniem, a plan na dzień trzeba zmienić, bo moje ciało po raz kolejny ma inne zdanie niż ja.
Ale jest też ten drugi ból. Ten, którego nie da się pokazać palcem. Nie ma na niego opatrunku, nie widać go na zdjęciu, nie zawsze słychać go w głosie. To smutek, który czasami przychodzi bez zapowiedzi. Bezsilność, kiedy kolejny raz muszę pogodzić się z tym, że nie mogę zrobić wszystkiego, na co mam ochotę. Strach przed tym, co będzie dalej. Tęsknota za dawną sobą, za zwyczajnością, za życiem, w którym nie trzeba było zastanawiać się, ile sił wystarczy mi na resztę dnia.
I chyba właśnie ten drugi ból najtrudniej wytłumaczyć.
Bo jak opowiedzieć komuś, co dzieje się w środku, kiedy sama czasami nie potrafię tego uporządkować? Jak wyjaśnić, że można mieć wokół siebie ludzi, dom, codzienne obowiązki i sprawy, które trzeba załatwić, a mimo to czuć w sobie ogromny smutek? Jak wytłumaczyć, że czasami nie chodzi o jedną konkretną rzecz, którą można naprawić, lecz o zmęczenie wszystkim, co trwa już tak długo?
Choroba nie kończy się na bólu ciała. Zostawia po sobie również emocje, z którymi trzeba nauczyć się żyć. Zmienia plany, przyzwyczajenia, spojrzenie na przyszłość. Zabiera poczucie bezpieczeństwa, a czasami także wiarę w to, że jeszcze będzie normalnie. I nawet kiedy próbujesz iść dalej, nie oznacza to, że wszystko, co wydarzyło się po drodze, przestało Cię boleć.
Czasami mam wrażenie, że nauczyłam się całkiem dobrze ukrywać to, co dzieje się we mnie naprawdę. Zakładam maskę, wychodzę do ludzi, rozmawiam, żartuję. Odpowiadam, że jakoś leci, że daję radę, że są lepsze i gorsze dni. I może nawet brzmię przekonująco.
Tylko że za tym uśmiechem wciąż jestem ja. Ze swoim zmęczeniem, obawami, smutkiem i pytaniami, na które nadal nie znam odpowiedzi.
Nie robię tego dlatego, że chcę kogokolwiek oszukać. Chyba po prostu czasami łatwiej jest pokazać światu tę część siebie, która potrafi się uśmiechać, niż odsłonić tę, która ma już serdecznie dość udawania, że wszystko da się jakoś poukładać.
Czy to dobry sposób? Nie wiem.
Wiem tylko, że czasami tak jest łatwiej żyć.
Łatwiej wyjść z domu i spróbować normalnie spędzić dzień, niż za każdym razem tłumaczyć, dlaczego jest mi ciężko. Łatwiej zażartować, niż odpowiadać na pytania, na które sama nie mam odpowiedzi. Łatwiej powiedzieć „nic takiego”, niż po raz kolejny wracać do tematów, które bolą, męczą i przypominają o wszystkim, od czego chciałabym choć na chwilę odpocząć.
Bo ile razy można mówić o tym samym? Ile razy można opowiadać o bólu, ograniczeniach, rozczarowaniu i strachu, kiedy mijają kolejne miesiące, a człowiek nadal nie wie, kiedy wreszcie poczuje ulgę?
Czasami pytanie „co Ci jest?” potrafi być trudniejsze, niż się wydaje. Podobnie jak „dlaczego jesteś smutna?” albo „czemu jesteś taka zła?”.
Przecież nie zawsze jestem w stanie w kilku zdaniach wyjaśnić coś, z czym sama zmagam się od tak dawna. Nie zawsze mam siłę otwierać drzwi do swojego wnętrza i wpuszczać kogoś w miejsce, w którym jest dużo bólu, niepewności i emocji, których nie potrafię nazwać.
Czasami nie chcę rozmawiać. Nie dlatego, że nie ufam ludziom. Nie dlatego, że nie potrzebuję bliskości. Po prostu bywają takie chwile, kiedy samo opowiadanie o tym, co mnie boli, staje się kolejnym ciężarem.
Chciałabym czasami po prostu pobyć. Bez wyjaśnień. Bez konieczności przekonywania kogokolwiek, że naprawdę jest mi trudno. Bez poczucia, że muszę udowodnić swój smutek, skoro na mojej twarzy nie ma łez.
Bo przecież można cierpieć po cichu. Można przeżywać trudne chwile, nie mówiąc o nich ani słowa. Można śmiać się przy stole, rozmawiać przez telefon, zrobić obiad, posprzątać kawałek domu, a później usiąść w ciszy i poczuć, jak bardzo jest się zmęczonym tym wszystkim.
I nikt nie musi tego zauważyć.
Czasami myślę, że ludzie widzą przede wszystkim to, co im pokazujemy. Jeśli się uśmiechamy, zakładają, że jest dobrze. Jeśli wychodzimy z domu, sądzą, że mamy siłę. Jeśli próbujemy pracować i zajmować się codziennymi sprawami, wydaje im się, że wracamy do normalności.
A przecież nie widzą ceny, jaką czasami za to płacimy. Nie wiedzą, ile razy musieliśmy się przełamać, ile wysiłku kosztowało nas wyjście z domu ani jak wygląda wieczór po dniu, w którym na zewnątrz wszystko wydawało się zwyczajne.
Nie widzą też tego, ile razy ktoś przełknął smutek, bo nie chciał psuć innym nastroju. Ile razy powiedział, że wszystko dobrze, żeby nie musieć po raz kolejny opowiadać o tym, co trudne. Ile razy przemilczał własne emocje, bo nie wiedział, jak zostaną odebrane.
A przecież za każdą taką osobą kryje się jakaś historia. Czasami znacznie trudniejsza, niż moglibyśmy przypuszczać.
I może dlatego czasami łatwiej jest powiedzieć wszystko komuś obcemu. Komuś, kto nie zna naszej historii, nie patrzy na nas przez pryzmat tego, jacy byliśmy kiedyś, i nie oczekuje, że będziemy tacy jak dawniej. Komuś, przed kim nie musimy udawać, że dajemy sobie radę, tylko dlatego, że wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić do naszej siły.
Czasami obcej osobie łatwiej powiedzieć: „Nie daję już rady”, niż wypowiedzieć te same słowa przed kimś bliskim.
Może dlatego, że nie boimy się wtedy rozczarować czyichś oczekiwań. Może dlatego, że nie musimy martwić się, czy nasze słowa zostaną zapamiętane, ocenione albo wykorzystane w rozmowie przy innej okazji. A może po prostu czasami potrzebujemy miejsca, w którym możemy zdjąć maskę, nie zastanawiając się, co stanie się potem.
Nie wiem, czy tak powinno być. Wiem jednak, że człowiek nie zawsze potrzebuje rady, gotowego rozwiązania ani kolejnego zapewnienia, że musi być silny. Czasami potrzebuje tylko możliwości, żeby powiedzieć, jak naprawdę się czuje. Bez poprawiania jego emocji. Bez porównywania jego cierpienia z cierpieniem innych. Bez słów „inni mają gorzej” czy „musisz myśleć pozytywnie”.
Czasami wystarczy, że ktoś wysłucha i nie spróbuje od razu naprawić całego świata.
Sama nie zawsze potrafię pokazać, jak jest mi ciężko. Nie zawsze umiem powiedzieć, co czuję. Zdarza mi się śmiać, kiedy wcale nie jest mi do śmiechu, i milczeć, kiedy w środku mam tysiące myśli. Bywają dni, w których chcę rozmawiać, i takie, kiedy najchętniej schowałabym się przed całym światem, żeby przez chwilę nie musieć niczego wyjaśniać.
Nie oznacza to, że nie doceniam ludzi, którzy są obok. Nie oznacza też, że nie chcę, żeby ktoś mnie zauważył. Chyba po prostu wciąż uczę się, jak żyć z tym wszystkim, co niewidoczne dla innych, i jak nie zgubić samej siebie pod warstwą uśmiechów, odpowiedzi „wszystko dobrze” i codziennych obowiązków.
Nie mam na to gotowej recepty.
Wiem tylko, że nie każdy uśmiech oznacza szczęście. Nie każda cisza oznacza spokój. Nie każda osoba, która radzi sobie z codziennością, naprawdę czuje się dobrze.
Czasami największy wysiłek wkładamy właśnie w to, żeby nikt nie zauważył, jak bardzo jest nam trudno.
I chciałabym, żebyśmy pamiętali o tym częściej. Żebyśmy nie oceniali czyjegoś cierpienia na podstawie tego, co widać. Żebyśmy nie zakładali, że skoro ktoś żartuje, wychodzi z domu i próbuje żyć, to nie potrzebuje już wsparcia. Żebyśmy czasami zapytali nie tylko „co słychać?”, ale też dali drugiemu człowiekowi poczuć, że może odpowiedzieć szczerze.
A jeśli to Ty jesteś osobą, która codziennie zakłada maskę, żeby łatwiej przejść przez kolejny dzień, chciałabym Ci powiedzieć jedno: nie musisz zawsze udawać, że wszystko jest w porządku. Nie przed wszystkimi, nie w każdej chwili. Masz prawo do gorszego dnia, do milczenia, do łez i do powiedzenia, że jest Ci ciężko.
Nie musisz zasługiwać na zrozumienie, pokazując, jak dzielnie znosisz wszystko, co Cię spotyka.
Bo nie wszystko, co boli, widać. Czasami pod uśmiechem kryje się historia, której nikt nie zna. Czasami za zwyczajnym „jakoś leci” stoi człowiek, który od dawna próbuje znaleźć w sobie siłę na kolejny dzień.
I może nie zawsze będziemy potrafili dostrzec ten ból. Może nie zawsze będziemy wiedzieli, co powiedzieć. Ale możemy nauczyć się jednego: nie zakładajmy, że ktoś nie cierpi tylko dlatego, że potrafi się uśmiechać.
Bo czasami ten uśmiech nie oznacza, że już nie boli.
Oznacza tylko, że mimo wszystko próbuję żyć.
Komentarze
Prześlij komentarz