Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z grudzień, 2025

Na granicy starego i nowego

Kończy się grudzień. Cicho domyka się kolejny rok. Rok, który – jak to zwykle bywa – nie był ani całkiem dobry, ani całkiem zły. Był mieszanką wszystkiego naraz. Słodko-gorzki. Pełen kontrastów. Były momenty, w których dawał uśmiech i wzruszenie. Drobne radości, które potrafiły rozjaśnić dzień. Były też chwile trudne – takie, które uczyły pokory, cierpliwości i tego, że nie na wszystko mamy wpływ. Dał jasny sygnał, że o siebie trzeba walczyć. Że nie wolno rezygnować. Że nawet wtedy, gdy jest ciężko, warto iść dalej – choćby małymi krokami. Był rokiem trudnym. Momentami bezlitosnym. Przynosił ból, łzy i bezsenne noce pełne myśli. A jednocześnie uczył doceniać to, co pozornie oczywiste. Każdą spokojną chwilę. Każdy dzień, który udało się po prostu przeżyć. Zmuszał do oswajania nowej rzeczywistości i odnajdywania się w niej na nowo. Żegnam Cię, stary roku. Zostawiam za sobą wszystko, co było zbyt ciężkie do dźwigania. W nowy rok chcę wejść z nadzieją. Z pragnieniem większego spokoju – teg...

Dwa lata z bólem, który nie odpuszcza

Już niedługo miną dwa lata, odkąd żyję w bólu. Nie takim chwilowym, który pojawia się i znika. Przewlekłym. Stałym. Takim, który jest ze mną dniem i nocą, bez przerwy, bez wytchnienia. Na początku walczyłam z nim jak umiałam. Tabletka za tabletką. Coraz mocniejsze leki, coraz większa desperacja, żeby tylko przestało boleć – choćby na chwilę, choćby „na teraz”. Chciałam zagłuszyć ten ból za wszelką cenę. Z czasem przyszło coś, czego nigdy nie chciałam – przyzwyczajenie. Przyzwyczaiłam się do życia w bólu. Ale też zrozumiałam, że ciągłe sięganie po leki przyćmi go tylko na moment, a w zamian odbierze coś innego: zdrowie, siły, spokój. Dlatego dziś staram się wytrzymywać. Biorę dodatkowe tabletki wtedy, kiedy naprawdę muszę. Kiedy nie mam wyboru. Kiedy muszę wyjść z domu, funkcjonować, udawać normalność. Niby się przyzwyczaiłam… Ale są dni, kiedy nie da się już udawać, że jest „w miarę”. Nie chodzi nawet o fizyczny ból. Chodzi o to, co robi z głową, z psychiką, z emocjami. O to zmęczenie,...

Grinch i święta bez fałszu

Grinch nie nienawidził świąt. On nienawidził tego wszystkiego, co często się wokół nich buduje: fałszu, hipokryzji, sztucznych uśmiechów i udawania, że „tak trzeba, bo to święta”. I im jestem starsza, tym częściej łapię się na tym, że… po części go rozumiem. Bo po co składać komuś życzenia tylko dlatego, że tak wypada, skoro w duchu myśli się o tej osobie źle? Po co uśmiechać się sztucznie do kogoś, kogo się nie lubi i z kim na co dzień nie chce się mieć nic wspólnego? Po co życzyć komuś szczęśliwego nowego roku, jednocześnie myśląc, żeby wcale mu się nie układało lepiej niż dotąd? Albo te „wesołych świąt”, rzucane jak formułka. A przecież wiemy, że dla wielu osób te święta wcale nie są wesołe. Że ktoś siadł do stołu z bólem, ze stratą, z pustką albo z myślami, których nie da się przykryć choinką i kolędą. Czy naprawdę to wszystko ma sens? Czy nie prościej byłoby bez tego całego udawania? Bez wymuszonych życzeń. Bez spotkań „na siłę”, bo rodzina, bo tradycja, bo tak trzeba. Bez tej gry...

Wigilia – dzień cichych życzeń

Dziś jest Wigilia. Dzień dobrych słów, składanych życzeń i spotkań przy jednym stole. Dzień, w którym na chwilę zwalniamy, odkładamy na bok codzienność i próbujemy być bliżej siebie – nawet jeśli przez resztę roku było z tym różnie. Niech ten dzień będzie dla wszystkich szczęśliwy. Niech przyniesie spokój tym, którzy od dawna go nie czują. Niech da nadzieję tym, którzy w ostatnich miesiącach stracili wiarę, że coś jeszcze może się ułożyć. Niech nowy rok przyniesie jak najwięcej dobra, zdrowia i zwykłych, cichych radości. W tą Wigilię myślę też o tych, dla których ten dzień nie jest łatwy. O tych, którzy spędzają go w szpitalach. O tych, którzy zasiądą przy stole z bólem, smutkiem albo pustką w sercu. O tych, którzy kogoś stracili albo tęsknią za dawnym życiem. To też są święta. Nie zawsze idealne. Nie zawsze radosne. Czasem po prostu prawdziwe. Może właśnie w tym tkwi ich sens – żeby być razem mimo wszystko. Żeby wypowiedzieć dobre słowo nawet wtedy, gdy w środku jest cicho i trudno. Ż...

Dlaczego kocham zapach lasu i grzybów

Za kilka dni w mojej kuchni będzie gotowała się zupa z suszonych grzybów. Taka prawdziwa, aromatyczna, powoli pyrkająca. Wystarczy otworzyć garnek, żeby cały dom wypełnił się zapachem lasu. I ja już wiem, że w tej jednej chwili zrobi mi się cieplej na sercu. Kocham zapach grzybów. Bo dla mnie to nie jest tylko zapach jedzenia. To zapach wspomnień. Zapach spokoju. Zapach miejsca, które zawsze było dla mnie azylem. Mojego ukochanego miejsca. Tego, które mój syn, kiedy był jeszcze mały, nazywał „leśnym domkiem”. Za tym zapachem kryje się cisza, jakiej nie ma nigdzie indziej. Taka prawdziwa, głęboka. Bez klaksonów, bez pośpiechu, bez ciągłego „muszę” i „zaraz”. Jest las. Jest spokój. Jest czas, który płynie wolniej. Tam nie ma tłumów ludzi ani przepychu. Jest za to kominek, ciepło, trzask drewna i my. Bez planów, bez presji, bez udawania czegokolwiek. Tam naprawdę można zdjąć z siebie wszystko to, co na co dzień przygniata. Naładować baterie. Odpocząć tak, jak odpoczywa się rzadko. Dlatego...

Święta, które przychodzą mimo wszystko

Zbliżają się święta. Coraz bardziej je widać i czuć – w sklepach pełnych lampek i bombek, na ulicach rozświetlonych dekoracjami, w domach, w których powoli pojawiają się choinki. Ludzie kupują prezenty, planują spotkania, jakby byli trochę lżejsi, trochę szczęśliwsi. Jakby ten czas naprawdę niósł ze sobą coś dobrego. A ja? Ja jakoś ich nie czuję. I nie pragnę. Wiem, że będą. Będą ozdoby, choinka, prezenty. Będzie stół, bliscy, tradycja. Ale w tym roku nic z tego nie wywołuje we mnie radości. Bo co z tego, że usiądę z rodziną przy stole, skoro dla mnie siedzenie nie jest już przyjemnością. Jest wysiłkiem. Jest walką z czasem. Z każdą minutą przychodzi większy ból. Z każdą minutą pojawia się coraz silniejsze drętwienie nóg. Trzeba nimi ruszać, kręcić, zmieniać pozycję, kombinować, szukać ulgi tam, gdzie jej właściwie nie ma. Aż w końcu trzeba wstać. Rozruszać się. Rozchodzić ból. Jakby ciało domagało się uwagi dokładnie wtedy, kiedy najbardziej chce się być „normalnie”. To wszystko nie p...

Cichy wróg w żyłach

Są takie rzeczy, o których człowiek myśli: mnie to nie dotyczy. Że to problemy starszych, schorowanych, tych „po pięćdziesiątce”, co latami źle jedli i mało się ruszali. A potem przychodzi dzień, kiedy patrzysz na swoje wyniki badań… i robi Ci się zimno. Bo nagle okazuje się, że nawet jeśli jesteś jeszcze młody, szczupły, w miarę dobrze się odżywiasz – to i tak życie potrafi podsunąć pod nos coś, czego absolutnie się nie spodziewasz. Wysoki cholesterol. Miażdżyca. Dwie rzeczy, które wydają się takie odległe, a często są już tuż obok… tylko cicho siedzą i czekają. To bardzo zdradliwe choroby. Nie bolą, nie dają spektakularnych objawów. Nie krzyczą. One szepczą – powoli, podstępnie, latami. A człowiek żyje dalej, nieświadomy, że w jego żyłach odkłada się coś, co może w jednej sekundzie zmienić wszystko. Bo wystarczy moment. Wystarczy, że jedna żyła „zatka się” choć na chwilę. Wystarczy ułamek sekundy… i może dojść do udaru albo zawału. Tak nagle. Tak niesprawiedliwie. Tak bez ostrzeżenia...

To, że inni też mają problemy, nie zabiera moich

Są zdania, które ludzie wypowiadają chyba z dobrych intencji. Takie, które mają „postawić na nogi”, „dodać perspektywy”, „pomóc spojrzeć inaczej”. A we mnie wywołują tylko złość, bezsilność i poczucie bycia kompletnie niezrozumianą. „Nie przejmuj się, inni też mają problemy.” „Widzisz, inni też chorują, nie tylko ty.” Nienawidzę tych słów. Naprawdę. Bo czy ktoś myśli, że kiedy to usłyszę, mój ból magicznie zniknie? Że nagle wstanę, odzyskam siły, samodzielność i wszystko wróci na swoje miejsce? Czy informacja, że ktoś inny też cierpi, sprawi, że moje dolegliwości przestaną istnieć? Nie. Nie sprawi. Moje problemy nie znikają dlatego, że ktoś gdzieś ma podobne albo nawet większe. Mój ból nie robi się mniejszy tylko dlatego, że świat jest pełen cierpienia. To nie jest konkurs. To nie jest licytacja na to, komu jest gorzej. Ktoś, kto jest zdrowy, samodzielny, może w każdej chwili wyjść z domu, wsiąść w samochód, pojechać gdzie chce – nigdy nie zrozumie kogoś, kto jest uwięziony we własnym ...

Ciągle proszę o pomoc

Najbardziej boli nie to, że jestem chora. Najbardziej boli to, że przestałam być samodzielna. Kiedyś po prostu brałam klucze, zamykałam drzwi i wychodziłam. Bez proszenia. Bez czekania na kogoś. Bez wątpliwości, czy dzisiaj „komuś będzie się chciało”. A teraz… Zanim zrobię krok – muszę kogoś poprosić. Zanim gdzieś pojadę – muszę liczyć na czyjąś wolną chwilę. Zanim założę buty – czasem muszę poprosić, żeby ktoś mi je zawiązał. I za każdym razem, gdy wypowiadam: „Czy mógłbyś…?”, „Czy mogłabyś…?”, „Czy dasz radę mnie podwieźć…?” – coś we mnie cichnie. Jakby kawałek mojej niezależności odpadał po trochu. Czasem mam wrażenie, że ludzie wokół próbują być wyrozumiali, ale ich twarze mówią więcej niż słowa. Te ciche westchnienia. Te spojrzenia, które mówią: „Znowu?”. Ten moment zwłoki, kiedy zastanawiają się, czy to dla nich nie kłopot. I ten okalający mnie wstyd – za to, że potrzebuję pomocy… nawet wtedy, gdy naprawdę nie mam wyboru. Nie chodzi o to, że nie jestem wdzięczna. Jestem. Bardzo. ...

Lekarze, recepty i ja

Moje życie coraz częściej mierzy się nie miesiącami, nie porami roku, ale terminami badań i wizyt lekarskich. Kiedyś planowałam urlopy, spotkania, wyjazdy. Dziś planuję recepty, skierowania, kolejne konsultacje. Zamiast kalendarza pełnego przyjemnych chwil, mam kalendarz, w którym królują nazwiska lekarzy, godziny badań i przypomnienia o lekach. To codzienność, którą trudno zrozumieć komuś, kto tego nie przeżywa. Nie ma tygodnia, żebym nie musiała gdzieś jechać – albo na badania, albo na wizytę, albo po kolejną receptę. A jeśli akurat nie ma mnie kto zawieźć, wtedy trzeba zmieniać terminy, przesuwać, dopasowywać wszystko do możliwości innych. I tak życie toczy się wokół czegoś, co wcale nie daje radości, a jednak jest niezbędne, by jakoś funkcjonować. Czasami mam wrażenie, że to takie „drugie etaty” – bycie pacjentem i bycie organizatorem własnego leczenia. Ciągłe telefony, zapisy, odwoływania, przypomnienia. A w tle moje własne ciało, które domaga się uwagi i nigdy nie pozwala zapomni...

Między planami a rzeczywistością – uczę się odpuszczać bez poczucia porażki

Czasem mam wrażenie, że moje życie to wieczny dialog między tym, co chciałabym zrobić, a tym, na co naprawdę mam siłę. W głowie wszystko wygląda prosto: lista zadań, plany na dzień, te małe ambitne cele, które mają dać poczucie, że idę do przodu, że coś buduję, że nie stoję w miejscu. Ale potem przychodzi rzeczywistość. Rzeczywistość, która potrafi jednym bólem, jednym osłabieniem, jednym gorszym porankiem zburzyć cały harmonogram. I zostawić mnie w poczuciu, że znowu „nie dałam rady”. Przez długi czas karałam się za to, że nie funkcjonuję tak, jakbym chciała. Że kiedy resztką sił sprzątam, ćwiczę, robię zakupy, nadrabiam zaległości lub robię coś z rodziną – to wieczorem moje ciało wystawia mi rachunek. A następnego dnia cierpię bardziej niż wcześniej. Jakby każdy nadmiar energii był pożyczką z wysokim oprocentowaniem. Tyle że to ja sama muszę później to spłacić bólem, drętwieniem, zmęczeniem, które rozlewa się po całym ciele. I kiedy leżę potem, zupełnie bez mocy, myślę sobie: „Przeci...

Mikołaj widział wszystko

Są takie dni w roku, które mają w sobie coś więcej niż tylko tradycję. Takie chwile, które otwierają serce, przypominają o tym, co ważne, i pozwalają na moment zatrzymać się w biegu. Dziś są Mikołajki – dzień, który wciąż ma w sobie dziecięcą magię, nawet wtedy, gdy dziecko w domu jest już nastolatkiem. Mój syn nadal czeka na Mikołaja. Może inaczej niż kiedyś, może bardziej w myślach niż pod poduszką – ale czeka. I ma do tego pełne prawo. Bo w tym roku zasłużył na wszystko, o czym tylko zamarzy. I jeszcze trochę więcej. To był trudny rok. Dla mnie. Dla niego. Dla naszej całej rodziny. Rok, który potrafił przygnieść dorosłego człowieka, a co dopiero nastolatka. A jednak on… dorósł. Z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc. Nie dlatego, że przyszła na to pora, ale dlatego, że życie postawiło go w sytuacji, w której musiał. Gdy ja tygodniami leżałam w szpitalach, on przejmował obowiązki, które nigdy nie powinny być jego. Gdy wracałam do domu osłabiona, to on robił wszystko, żeby odciążyć mn...

Niewidzialne nie znaczy mniej prawdziwe

Wczoraj był Międzynarodowy Dzień Osób z Niepełnosprawnościami. Dla wielu – zwykła data w kalendarzu. Dla innych – ciche przypomnienie o tym, że każdego dnia walczą o rzeczy, które większość ludzi dostaje od życia „w pakiecie”. Nie każda niepełnosprawność ma postać wózka, kul czy widocznego ograniczenia. Czasem największa walka toczy się tam, gdzie nikt nie zagląda – pod skórą, w stawach, w nerwach, w zmęczonym ciele, które rano trzeba najpierw „uruchomić”, zanim ruszy w świat. Wiele osób żyje z bólem, którego nie widać. Ze stanem zapalnym, który nie daje im chwili przerwy. Z ograniczoną sprawnością, która raz jest łagodna, a innym razem potrafi odebrać zwykłe, codzienne czynności. Ze zmęczeniem tak głębokim, że aż trudnym do wytłumaczenia. A mimo to ludzie się uśmiechają. Wychodzą z domu. Biorą tabletki przeciwbólowe, żeby nikt nie zobaczył, jak naprawdę wygląda ich codzienność. Stają się mistrzami udawania, że „wszystko jest dobrze”. Ale prawda jest inna. Są choroby, które nie krzyczą...

Za młoda na chorobę

Podobno jestem za młoda. Za młoda na chorobę, za młoda na ból, za młoda na ograniczenia, za młoda na refundację, za młoda na zrozumienie. System lubi patrzeć na metrykę, nie na wyniki. Na datę urodzenia, a nie na to, co naprawdę dzieje się z człowiekiem. Bo przecież w papierach wszystko wygląda dobrze — trzydzieści kilka lat, więc jak to możliwe, że organizm zachowuje się, jakby miał dwa lub trzy razy tyle? Czasem chciałabym zapytać tych wszystkich zdziwionych lekarzy: czy choroba naprawdę potrzebuje dowodu osobistego, żeby się „kwalifikować”? Bo kiedy słyszę: „skąd u pani takie rzeczy, przecież jest pani jeszcze taka młoda”, to już nawet nie wiem, co odpowiedzieć. Bo ja też bym chciała wiedzieć skąd. Skąd to się wzięło, dlaczego, po co, czemu akurat ja. Nie zamawiałam sobie tego. Nie prosiłam o choroby, które zabierają codzienność kawałek po kawałku. Nie wybierałam życia, w którym większość energii idzie na przetrwanie dnia. A mimo to — ciągle muszę coś udowadniać. Że naprawdę boli. Ż...

Ziemia pod stopami

Są dni, kiedy wszystko zdaje się chwiać. Kiedy niebo jest zbyt nisko, a powietrze za ciężkie, by złapać oddech. Wtedy właśnie najbardziej czuję, jak bardzo potrzebuję ziemi pod stopami — tej pewności, że choć wiele się sypie, ja wciąż mam gdzie stanąć. Dają mi to moi najbliżsi. Ich obecność, czasem cicha, czasem stanowcza, to jak kotwica, która nie pozwala odpłynąć za daleko w swoje lęki i ciemne myśli. To w ich słowach, spojrzeniach, a czasem w samej świadomości, że są — odnajduję spokój. Nie potrzebuję wielkich słów. Wystarczy czyjaś dłoń, krótkie "jestem”, "ze wszystkim sobie poradzimy". To właśnie wtedy czuję, że mam ziemię pod stopami — że mimo burzy, mimo bólu i tego wszystkiego, czego nie umiem już pojąć, świat wciąż ma sens. I choć czasem się chwieje, choć czasem znów zapadam się pod ciężarem dnia — wiem, że dopóki mam ich, nie upadnę całkiem. Bo prawdziwe bezpieczeństwo nie zawsze jest miejscem. Czasem jest człowiekiem.