Przejdź do głównej zawartości

Lekarze, recepty i ja

Moje życie coraz częściej mierzy się nie miesiącami, nie porami roku, ale terminami badań i wizyt lekarskich. Kiedyś planowałam urlopy, spotkania, wyjazdy. Dziś planuję recepty, skierowania, kolejne konsultacje. Zamiast kalendarza pełnego przyjemnych chwil, mam kalendarz, w którym królują nazwiska lekarzy, godziny badań i przypomnienia o lekach.

To codzienność, którą trudno zrozumieć komuś, kto tego nie przeżywa. Nie ma tygodnia, żebym nie musiała gdzieś jechać – albo na badania, albo na wizytę, albo po kolejną receptę. A jeśli akurat nie ma mnie kto zawieźć, wtedy trzeba zmieniać terminy, przesuwać, dopasowywać wszystko do możliwości innych. I tak życie toczy się wokół czegoś, co wcale nie daje radości, a jednak jest niezbędne, by jakoś funkcjonować.

Czasami mam wrażenie, że to takie „drugie etaty” – bycie pacjentem i bycie organizatorem własnego leczenia. Ciągłe telefony, zapisy, odwoływania, przypomnienia. A w tle moje własne ciało, które domaga się uwagi i nigdy nie pozwala zapomnieć, że choroba jest zawsze obok.

I choć bywa to męczące, frustrujące i odbiera spontaniczność życia, staram się myśleć o tym tak: to wszystko, choć trudne, jest po coś. To moja droga do tego, żeby jeszcze trochę wywalczyć dla siebie zdrowia, sprawności, normalności. Może już nie w pełni, ale na tyle, na ile się da.

Bo nawet jeśli kalendarz pełen jest wizyt i recept, to wciąż warto walczyć o te małe chwile, w których mogę poczuć, że żyję naprawdę.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Najpierw marnujemy zdrowie, żeby dojść do pieniędzy, a potem marnujemy pieniądze, żeby dojść do zdrowia

Kiedyś goniłam. Za pracą, za obowiązkami, za tym, żeby wszystko było „na czas”. Zdarzało się, że rezygnowałam ze snu, z odpoczynku, z chwili dla siebie – bo wydawało mi się, że muszę, że inaczej świat się zawali. Zdrowie zawsze odkładałam na później. Bo przecież młody organizm wytrzyma, bo tabletka przeciwbólowa wystarczy, bo „jakoś dam radę”. A potem przyszedł dzień, w którym to zdrowie wystawiło mi rachunek. I nagle wszystko, co wcześniej było najważniejsze – praca, obowiązki, bieganie od sprawy do sprawy – przestało mieć znaczenie. Liczyło się tylko jedno: odzyskać choć część tego, co bezpowrotnie straciłam. Dziś rozumiem, jak przewrotne jest życie. Najpierw dajemy z siebie wszystko, by zdobyć pieniądze. A kiedy już je mamy – wydajemy je na lekarzy, zabiegi, rehabilitację. Paradoks, którego nie dostrzega się wtedy, gdy biegnie się bez tchu. Teraz staram się żyć inaczej. Uczę się zatrzymywać, doceniać ciszę, słuchać własnego ciała. Wiem, że pieniądze nigdy nie zwrócą mi zdrowia. Ale ...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...