Przejdź do głównej zawartości

Święta, które przychodzą mimo wszystko

Zbliżają się święta.
Coraz bardziej je widać i czuć – w sklepach pełnych lampek i bombek, na ulicach rozświetlonych dekoracjami, w domach, w których powoli pojawiają się choinki. Ludzie kupują prezenty, planują spotkania, jakby byli trochę lżejsi, trochę szczęśliwsi. Jakby ten czas naprawdę niósł ze sobą coś dobrego.

A ja?
Ja jakoś ich nie czuję. I nie pragnę.

Wiem, że będą.
Będą ozdoby, choinka, prezenty. Będzie stół, bliscy, tradycja.
Ale w tym roku nic z tego nie wywołuje we mnie radości.

Bo co z tego, że usiądę z rodziną przy stole, skoro dla mnie siedzenie nie jest już przyjemnością.
Jest wysiłkiem.
Jest walką z czasem.

Z każdą minutą przychodzi większy ból.
Z każdą minutą pojawia się coraz silniejsze drętwienie nóg.
Trzeba nimi ruszać, kręcić, zmieniać pozycję, kombinować, szukać ulgi tam, gdzie jej właściwie nie ma.
Aż w końcu trzeba wstać. Rozruszać się. Rozchodzić ból. Jakby ciało domagało się uwagi dokładnie wtedy, kiedy najbardziej chce się być „normalnie”.

To wszystko nie pasuje do świątecznej atmosfery.
Nie pasuje do spokojnego siedzenia, rozmów, kolęd, długich wieczorów przy stole.
Nie pasuje do obrazka szczęśliwych świąt.

A jednak…
Dla syna trzeba zagryźć zęby.
Dla syna trzeba dać radę.

Wytrzymać.
Nie pokazać bólu.
Nie dać po sobie poznać, że każda minuta kosztuje więcej, niż powinna.

Niech on się cieszy.
Niech wierzy w magię świąt.
Niech rozpakowuje prezenty z uśmiechem i poczuciem, że ten czas jest naprawdę wyjątkowy.

Ja mogę schować swój ból na bok.
Choć na chwilę.
Choć na te święta.

Bo czasem miłość wygląda właśnie tak – jak ciche znoszenie trudności, żeby ktoś inny mógł mieć swoje dobre, beztroskie chwile.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Nie jestem już tą samą osobą. I wcale nie chcę wracać

Zmieniłam się. Naprawdę. I to nie jest tylko kwestia czasu, przeżyć, doświadczeń. To nie jest „dojrzałość” czy „życiowa mądrość”. To też — ale nie tylko. To przede wszystkim spokój, który przyszedł nie sam. Przyszedł dzięki tabletkom, które przepisał lekarz. Nie wstydzę się tego. Nie ukrywam tego. Bo prawda jest taka, że uratowały mnie. Uratowały mnie ode mnie samej. Od głupich myśli i rozważań, które mogły doprowadzić do tragedii. Nie jestem już tą samą osobą. Kiedyś byłam ciągle na krawędzi. Wybuchałam, płakałam, czepiałam się o bzdury. Nosiłam w sobie napięcie, którego nie umiałam rozładować inaczej niż złością. Nerwy były we mnie jak sprężyna, gotowa do odbicia przy najdrobniejszym dotyku. Teraz jestem spokojniejsza. Nie taka zupełnie „inna”. Po prostu... złagodniałam. Jest we mnie więcej wyrozumiałości. Więcej ciszy. Mniej potrzeby, żeby wygrywać każdą emocjonalną wojnę. Nie twierdzę, że wszystko jest idealnie. Noce wciąż są trudne. Myśli nie zasypiają wtedy, kiedy ja próbuję. Cza...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...