Przejdź do głównej zawartości

Za młoda na chorobę

Podobno jestem za młoda.
Za młoda na chorobę, za młoda na ból, za młoda na ograniczenia, za młoda na refundację, za młoda na zrozumienie.

System lubi patrzeć na metrykę, nie na wyniki. Na datę urodzenia, a nie na to, co naprawdę dzieje się z człowiekiem. Bo przecież w papierach wszystko wygląda dobrze — trzydzieści kilka lat, więc jak to możliwe, że organizm zachowuje się, jakby miał dwa lub trzy razy tyle?

Czasem chciałabym zapytać tych wszystkich zdziwionych lekarzy:
czy choroba naprawdę potrzebuje dowodu osobistego, żeby się „kwalifikować”?
Bo kiedy słyszę: „skąd u pani takie rzeczy, przecież jest pani jeszcze taka młoda”, to już nawet nie wiem, co odpowiedzieć.
Bo ja też bym chciała wiedzieć skąd.
Skąd to się wzięło, dlaczego, po co, czemu akurat ja.

Nie zamawiałam sobie tego.
Nie prosiłam o choroby, które zabierają codzienność kawałek po kawałku.
Nie wybierałam życia, w którym większość energii idzie na przetrwanie dnia.

A mimo to — ciągle muszę coś udowadniać.
Że naprawdę boli.
Że naprawdę nie mogę.
Że naprawdę potrzebuję pomocy.

Bo przecież jestem za młoda.
Za młoda na chorobę, ale nie za młoda, żeby wiedzieć, jak wygląda bezsilność.
Za młoda, żeby się poddać, ale już wystarczająco doświadczona, żeby zrozumieć, że czasem nawet największa siła nie wystarczy.

I może właśnie dlatego tak bardzo boli, gdy ktoś mówi: „pani to jeszcze młoda, wszystko się ułoży”.
Bo nie każda historia kończy się cudownym ozdrowieniem.
Nie każda walka ma zwycięzcę.
Ale każda — zostawia ślad.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Nie jestem już tą samą osobą. I wcale nie chcę wracać

Zmieniłam się. Naprawdę. I to nie jest tylko kwestia czasu, przeżyć, doświadczeń. To nie jest „dojrzałość” czy „życiowa mądrość”. To też — ale nie tylko. To przede wszystkim spokój, który przyszedł nie sam. Przyszedł dzięki tabletkom, które przepisał lekarz. Nie wstydzę się tego. Nie ukrywam tego. Bo prawda jest taka, że uratowały mnie. Uratowały mnie ode mnie samej. Od głupich myśli i rozważań, które mogły doprowadzić do tragedii. Nie jestem już tą samą osobą. Kiedyś byłam ciągle na krawędzi. Wybuchałam, płakałam, czepiałam się o bzdury. Nosiłam w sobie napięcie, którego nie umiałam rozładować inaczej niż złością. Nerwy były we mnie jak sprężyna, gotowa do odbicia przy najdrobniejszym dotyku. Teraz jestem spokojniejsza. Nie taka zupełnie „inna”. Po prostu... złagodniałam. Jest we mnie więcej wyrozumiałości. Więcej ciszy. Mniej potrzeby, żeby wygrywać każdą emocjonalną wojnę. Nie twierdzę, że wszystko jest idealnie. Noce wciąż są trudne. Myśli nie zasypiają wtedy, kiedy ja próbuję. Cza...